Wiedźma Wie

ChinaTrip cz. 2 – Tybet w Syczuanie. Bamei 八美

tybet

Część 1 – Jadę!

Część 2 – Właśnie czytasz <|;^)

Część 3 – Kangding

Część 4 – Ja w Tybecie, podsumowanie

Część 5 – Chengdu i Leshan

Możliwe, że najpierw, przede wszystkim powinnam zaapelować do swojego ćwiczeniowca z buddyzmu, który kiedyś dał mi piątkę na zaliczenie tychże zajęć. Jest to moja najbardziej niezasłużona piątka w całej karierze studenta, ba! Absolutnie niezasłużona. Myślą przewodnią mojej pracy semestralnej, która miała być recenzją filmu „Siedem lat w Tybecie” było, że nie lubię Brada Pitta albowiem jest blondynem, a ja to w ogóle blondynów nie lubię. I że jeszcze mniej nawet lubię buddystów i „cały ten buddyzm”. Przyznaję się do swojej ignorancji wszem i wobec jako iż ją już odpokutowałam, karma wróciła, (Brader Pieter, jak go nazywała Łu Laoszy), się zemścił.

A było to wszystko tak: tybet w syczuanie bamei (2)

Zemsta Brata Pitta

Do Bamei dotarłam we wtorek, 22.12.14 o godzinie 10.50 po dwudniowej podróży z Pekinu. Wyszłam z autobusu i… i byłam w Tybecie. I tak zaczął się najbardziej nierzeczywisty dzień mojego dotychczasowego życia. Nagle znalazłam się w miejscu zupełnie odmiennym od wszystkiego co znałam. A równocześnie w miejscu, które już wiele razy widziałam… w telewizji, na filmach. Na środku drogi stała krowa, śmiesznie mała i kudłata. Gdzieś tam krążyła pani w szerokiej wzorzystej spódnicy i ze wstążkami we włosach, a dookoła było bardzo pusto, ledwie kilka niskich budynków za którymi rozpościera się widok na Wyżynę Tybetańską.

A po mnie i mój wielki plecak Didi przyjechał na motorze. Tak, przyjechał po mnie Tybetańczyk odziany w tradycyjny tybetański obszerny płaszcz z rękami do kolan. I cały pachniał ogniskiem. Na motorze przyjechał. Wtedy w jednym momencie stwierdziłam, że koniecznie, ale to koniecznie muszę sobie znaleźć faceta, który będzie pachniał ogniskiem, a dokładniej palonymi ziołami.

(Wybiegając tutaj odrobinkę w naprzód. W „domu pielgrzyma”, jak nazywam miejsce, w którym się ostatecznie zatrzymałam, opalano drewnem. Laoban (chiński – szef), trzymał na podwórku ze dwa konary przywiezione z daleka i nimi opalał. Natomiast rodziny Didiego nie było stać na takie szaleństwo i tak jak wszystkie inne okoliczne rodziny, używała do opalania wszystkiego co tylko udawało znaleźć się w górach: drobnych gałązek, krzewów i suszonych traw.)

W glinianym domu z oborą na parterze poznałam resztę rodziny Gegego i Didiego. Ojca, matkę wyglądającą na dobrą siedemdziesiątkę i malutką, dwuletnią dziewczynkę będącą dowodem, na to, że matka rodzeństwa musi być jakąś połowę młodsza niż na to wygląda. Poza Didim nikt nie mówił po mandaryńsku. Pamiętam, że siedziałam przy palenisku jak trusia i szeroko się uśmiechałam, bo tylko tyle mogłam zrobić chcąc nadać komunikat „dziwnie wyglądam, ale jestem niegroźna”. Poczęstowano mnie dziwnym przysmakiem, którego nie potrafię wyguglować. Do herbaty dodawało się specjalny proszek, słodziło cukrem i ugniatało tworząc kulki. Nie było to ani niesmaczne, ani smaczne. Było to „po prostu” moje kolejne w Chinach spotkanie ze smakiem, który z niczym mi się nie kojarzy, nic nie przypomina i to do tego stopnia, że nie mam zadnia czy mi to odpowiada czy nie.

Po południu, znów oczywiście motorem, Didi zawiózł mnie do wspomnianego wyżej „domu pielgrzyma”. Jest to jedyny dom w bliskim pobliżu klasztoru Hiuyuan. Właściciel domu prowadzi mały sklepik, trzydaniową* restaurację i hostel dla podróżnych, o fantastycznym, jak na tamtejsze warunki standardzie. A co najważniejsze na jego podwórku stoi „studnia”, dokładniej kran nad ziemią, punkt zapatrywania się w wodę dla ludzi z pobliskiego Taping, historycznej wioski na kilkanaście domów .

Wersja oficjalna była taka, że spędzę w domu pielgrzyma tylko jedną noc, a następnego dnia pojadę do żeńskiego klasztoru, w którym niby to na mnie czekano. Niestety następnego dnia Didi nie przyjechał, aby mnie gdziekolwiek zabrać. A telefony komórkowe nie działały. Jak przystało na człowieka z XXI denerwowałam się z tego powodu przez pół dnia dopóki Tambylcy na pół-migi zdołali mi wytłumaczyć, że takie są uroki życia Nigdzie i to się co jakiś czas zdarza, jak i również okresowe braki wody. Przez miesiąc mojego pobyty w Bamei doświadczyłam wszystkich tych atrakcji.

tybet w syczuanie bamei (10)

Szczęśliwie na drugi dzień wszystko wróciło do normy i jako, że była Wigilia mogłam nawet zabawić się w wysyłanie życzeń bożonarodzeniowych. Pomimo wszystkich zawołań „Merry Christmas”, które podskakiwały mi na telefonie trudno było mi uwierzyć, że są święta. Wokół mnie absolutnie nic o tym nie świadczyło a otaczający mnie ludzie możliwie nie mili nawet pojęcia, że takie święta istnieją.

Natomiast Didi po raz kolejny się nie pokazał. Telefonu nie odebrał, na wiadomość nie odpisał. To samo Gege. Pomimo podejmowanych przeze mnie prób, z Gegem nie rozmawiałam już nigdy więcej. Nie odebrał telefonu, nie odpisał, sam nie napisał i nie zainteresował się jak się mam w jego rodzinnej wiosce, ani przez cały mój okres pobytu tam, ani później.

Teraz jestem już pewna, że nikt nigdzie na mnie nie czekał i że całą akcję z pytaniem i zgodami klasztoru Gege sobie po prostu wymyślił. I choć w samym Bamei znajduje się żeński klasztor buddyjski, to nie wydawało się aby ktokolwiek w nim cokolwiek o mnie słyszał. Rodzeństwo Gege & Didi mieli strategię odpowiadać twierdząco na każde moje pytanie i na wszystko się zgadzać, nawet jeśli absolutnie nie zrozumieli pytania o czym będą jeszcze świadczyć wydarzenia opisane niżej. Prawda jest taka, że nie jestem takiego sposobu postępowania w stanie ani zrozumieć, ani się nim nie emocjonować.

Leon usiłował mi tłumaczyć, że to standardowy sposób zachowań i myślenia chińskiej wsi i dla nich oznacza to, że są mili i uprzejmi. I może to kwestia kultury i jej szoku, ale ja takie zachowania mogę określać tylko takim przekleństwem, gdzie najpierw jest s, potem k, potem u i znowu s i tak dalej. I też wyraźnie zaznaczam, że tylko ta dwójka delikwentów zachowywała się w taki sposób, z innymi Tambylcami, jakkolwiek było ich w ogólności z kilkudziesięciu i do tego znakomita większość nie mówiła po chińsku mogłam się już jakoś dogadać, choćby na migi. Wyrażenia takie jak „nie”, „nie rozumiem, co mówisz” i „nie wiem” ratują życie zagubionym (w Tybecie). Naprawdę.

 

bamei

Tak mieszkałam. Nawet pomimo braku ogrzewania trudno narzekać.

Mimo wszystko zdecydowałam się zostać w Bamei cały planowany miesiąc. Fakt absolutnego osamotnienia sprawił, że był to dla mnie czas szczególny, a to miejsce, okolice wioski Bamei w Syczuanie w szczególny sposób stały się moim miejscem, miejscem do którego nigdy nie wrócę, do którego nikt nigdy nie pojedzie, ponieważ to miejsce tak naprawdę nie istnieje. A jeśli już to w czasie, nie przestrzeni. Ja, mój europejski, a nawet polski sposób myślenia, przekonań i postrzegania znaleźliśmy się w Tybetańskim świecie, w którym tylko ludzie wydawali się tacy sami, w tym sensie, że też musieli, jeść, trawić, wydalać, spać, śmiać się i płakać. Tyle, że ich biologia zakuta była w okowy zupełnie innej kultury.

Mój pobyt składał się z miliona refleksji, które pojawiały się jakby samoczynnie, a przede wszystkim z bycia. Bo jednak najdokładniejsza odpowiedź na pytanie, „co ja tam właściwie robiłam?” jest jedna, krótka i zwięzła. Brzmi: Byłam.

Marchew dla Tybetu!

Ale mniej podniośle, poniżej lista atrakcji jakich można doświadczyć „Prawie-w-Tybecie”.

1. Zobaczyć Tybet.

tybet w syczuanie bamei (3)

Zobaczyć, czyli to najbardziej oczywiste i zarazem najważniejsze. Zamieszkać w domu zbudowanego z kamieni, błota i krowich placków, a nawet tymi ostatnimi ozdobionymi. Tybetańskie domy są piękne. W środku nie ma ogrzewania, bieżącej wody, a czasami brakuje i prądu i ajfona nie idzie naładować, (tak, bo telefon z bajerami i telewizor musi być w każdym domu. Choćby miał nie działać <|;^)) i mieszka się razem ze zwierzętami, ale wszystko jest piękne. Rzeźbione okiennice malowane na rzeźbione kolory, bielone i czerwienione ściany, które nadają wszystkim jasnym psom w okolicy piękny kolor różu…

I słyszy się wokół ludzi, którzy mówią po tybetańsku. W moim odczuciu język tybetański ma w brzmieniu coś przypominającego francuski. Ale to słowa profana, bo prawda jest taka, że ani słowa się nie nauczyłam przez ten miesiąc tam spędzony. Uderzało mnie, że starsi ludzie nie przyjmowali do wiadomości, że nie rozumiem, co do mnie mówią. Było w tym coś niezwykle fascynującego. Jeśli natykałam się w swoich wędrówkach po bezdrożach, czym się każdego dnia zajmowałam, na starszą osobę ta nierzadko zaczynała do mnie mówić. Kobietom najczęściej w ogóle nie zależało na tym, żebym cokolwiek rozumiała i odpowiadała, tylko brały mnie pod rękę(!!!) i zaczynały trajkotać, albo szły tak ze mną w ciszy. Było to bardzo dziwne i bardzo miłe. Ale mężczyźni inaczej, ci mnie nie dotykali tylko próbowali o różne rzeczy wypytywać. Po tybetańsku. Jeszcze było o tyle dobrze, jeśli trafiłam na takiego, który coś umiał po chińsku, to byłam się z nim w stanie tyle dogadać, że se nie pogadamy. Ale jeśli nie, to zazwyczaj kończyło się tym, że oddalałam się szybkim krokiem od pomstującego za mną człowieka. Jak się domyślam, oni „po prostu nie przyjmowali do wiadomości, że nie rozumiem co do mnie mówią. Bo przecież oni tylko tak mówią całe życie i zawsze wszyscy ich rozumieli, a tu nagle trafia się taka jedna biała i po ludzku nie gada.

Jedno z miliona pytań, które mnie tam dręczyły brzmiało, jak to jest, że tak wielu mieszkańców, było, nie było, zachodniego Syczuanu nie mówi po mandaryńsku. W końcu chiński jest językiem nauczania w każdej szkole. Odpowiedź okazała się niesamowicie prosta. Nie wszyscy chodzili do szkoły. Ci naprawdę starsi dlatego, że kiedyś nie było szkół na takich pustkowiach, ci trochę młodsi dlatego, że podczas Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej szkół nie było niemal w ogóle. Ci najmłodsi, bo czasami rodzice ich nie posyłali.

bamei2

Oto całe wyposażenie sklepiku Laobana.

Na początku mojego pobytu tam, razem z Laobanem pracowała kobieta, którą brałam za jego żonę. Uderzało mnie to, że zawsze nawet jeśli to ona gotowała mi obiad, płaciłam jemu. Tak samo było, kiedy robiłam zakupy w ich małym sklepiku. Aż któregoś razu jego nie było w pobliżu i siłą rzeczy kupowałam u niej. Kobieta bardzo długo, w skupieniu i na palcach liczyła co kupiłam, aż w końcu udało jej się naliczyć 30 juenów po czym jeszcze chwilę zajęło jej przetłumaczenie sumy na mandaryński. Ona nie umiała ani dobrze liczyć, ani mówić po chińsku!

Przy tej okazji pojawia się jedno z pytań, na które wciąż nie znam odpowiedzi. Bo ta kobieta, którą brałam za żonę Laobana po pewnym czasie przestała się pojawiać w jego domu, a jednak cały czas spotykałam ją w wiosce, (czyt. na okrążaniu świątyni). Czy tylko mi się wydawało i wcale tych dwojga nie łączyły żadne bliskie stosunki, a on ją tylko zatrudnił na krótki „part-time job” z jakichś powodów? Czy byli nowoczesną parą, pokłócili się i stwierdzili, że nie chcą się więcej znać? (Trudno mi w to uwierzyć). Czy też ta para jest tradycyjnym w Tybecie małżeństwem poliandrycznym pomiędzy jedną kobietą braćmi?

Jeszcze wrócę na chwilę do wspomnianego wyżej brania mnie pod rękę przez inne kobiety. Chińczycy, ba! W ogóle Azjaci okazują się niemalże nie mieć barier osobistych. Oni się bez przerwy dotykają! Ot tak po prostu. Czasami to miłe, czasami niewygodne, czasami szokujące, czasami denerwujące. Tutaj w Chinach bez przerwy, acz w różny sposób przekracza się moje granice osobiste. Historyjka z Tybetu idzie tak. Kiedyś dwóch takich samowolnie wzięło sobie mój telefon i pooglądało, jakie mam na nim zdjęcia. Potem jeszcze się dopytywali, które są robione w Polsce. I w ogóle pierwszy raz w życiu słyszeli, że jest na świecie coś takiego jak owa Polska i dziwiło ich, że to nie w Chinach. A jak tłumaczyłam, że to na zachód od Rosji to oni sobie włączyli mapy od Baidu i sprawdzili, gdzie to ta owa Rosja, bo już słyszeli, że jakiś taki kraj gdzieś niedaleko jest…

Najważniejsze jednak dla mnie było, że traktowano mnie tam jak człowieka. Najpewniej wielu Tambylców po raz pierwszy widziało Europejczyka, a jednak nikt nie oglądał mnie jak małpę w zoo, co niestety jest standardem w dużych miastach. W Pekinie: idę sobie parkiem, idę, aż tu nagle jakich dzieciak zaczyna drzeć się na całe gardło, że „Mama, mama patrz, obcokrajowiec”. I nagminnie często ludzie myślą, że przyjechałam do Chin po to, żeby rozdawać na prawo i lewo pieniądze, bo przecież powszechnie wiadomo, że każdy Biały jest obrzydliwie bogaty. Ah i jeszcze jest. Obcokrajowiec jest jeszcze dla seksualnej rozrywki i wizowego małżeństwa.

Trochę się więc bałam, że wieś będzie pod tym względem jeszcze gorsza, podczas gdy się okazało, że wcale nie. I o ile traktowano mnie ostrożnie, to jednak serdecznie i jak drugiego człowieka. Nie jak atrakcję.

2. Poznać mnicha.

tybet w syczuanie bamei

Zdecydowanie największy szok tej podróży. Zobaczenie prawdziwych tybetańskich mnichów. A średnia wieku ich była 15 lat…

Klasztor Huiyuan, w pobliżu którego mieszkałam to historyczne miejsce. Kiedyś schronienie VII Dalaj Lamy, wiele lat później także tymczasowo dla obecnego XIV. Klasztor został zniszczony i rozgrabiony podczas Rewolucji Kulturalnej, a mnisi rozpędzeni. Od lat ’90 znów „działa”. Ze wszystkich pamiątek, które udało się odzyskać stworzono „Budda Hall”, piękne pomieszczenie z mnogością świętych figurek. Niestety, pozostaje ono zamknięte i aby go zobaczyć, należy poprosić jednego z mnichów, aby nam otworzył i wpuścił do środka. Ja trafiłam na takiego, który patrzał mi na ręce jakby się bał, czy nie podłożę bomby i jeszcze mnie poganiał, żebym szybciej oglądała, bo chciał wrócić do swoich zajęć. Przy klasztorze nie ma czynnej świątyni dla świeckich, miejsca, gdzie można by było wejść, modlić się i składać ofiary, wszystkie budynki pozostają zamknięte. Dlatego życie religijne skupia się wokół młynków modlitewnych i na krążeniu wokół świątyni. Może nie wszyscy wiedzą, że w buddyzmie nie koniecznie trzeba się aktywnie modlić słowami i „umysłem”. Kolorowe wstążki na wietrze z wypisanymi modlitwami służą temu, aby poprzez wiatr „samo się modliło”. Chodzenie wokół świątyni to modlitwa. Kręcenie młynkiem modlitewnym to modlitwa, nie ważne, czy tym dużym, czy małym, ręcznym. Także chodząc wokół murów świątynnych i równoczesne kręcenie młynkiem to już super modlitwa. Tak, że można oddać się plotkowaniu, czy rozmawianiu przez telefon. Takie scenki to niezwykle popularny widok. Ale oczywiście osoby mantrujące także się zdarzały.

tybet w syczuanie bamei (6)

Wracając do mnichów. Chciałabym wiedzieć: Skąd się biorą? Kto i dlaczego oddaje dzieci klasztorowi? Kto ich finansuje? Czy dziecko oddane na wychowanie do klasztoru może później z niego odejść? Jak zostaje się mnichem w dorosłym życiu? I najważniejsze, jak to jest być buddyjskim mnichem? Na te wszystkie pytanie nie znam odpowiedzi.

Nie miałam możliwości pytać, a tylko patrzeć. I to co widziałam to to, że obecnie w klasztorze Huiyuan przebywa około setka mnichów, z których większość to nastolatki. Dzieci pozbawione same sobie. Dzieci rzucające kamieniami w zwierzęta. Dzieci rzucające w siebie nawzajem petardami. Bezczelne dzieci. Dzieci szybko jeżdżące na motorach przy dźwiękach głośnej muzyki. Dzieci w habitach.

Chińczycy wierzą, że głośne dźwięki odstraszają demony i że takie głośne odstraszanie jest konieczne w okolicach Nowego Roku. Nie jestem pewna, czy jest to również buddyjska tradycja, ale tak się złożyło, że od 1 stycznia w tamtejszych sklepach można było kupić petardy. Dokładnie takie, jak jeszcze kilka lat temu dostawało się na każdym polskim odpuście. Te głośne, które mogą urwać palec lub wybić oko i obecnie bodajże są już u nas zakazane. Tak, właśnie takimi się bawili.

Przyznaję szczerze, że jak tam biegali i ciepali tym wokół mnie to nie było we mnie miłosierdzia. I oj, nie było we mnie postawy zen, (uff, jak dobrze, że to całkiem inny buddyzm jest). I przyznaję, że wzywałam Matkę Boską Częstochowską na pomoc i nawet jej obiecywałam, że odbędę pielgrzymkę na kolonach z Częstochowy do Lichenia na tych kolanach, że pójdę. Ale niestety. Czasami myślałam, że Boga nie ma, a dzieci to jednak trzeba bić.

Nie zawsze jestem dobrym człowiekiem.

2. Poczucie ukończonych… 90 lat.

tybet w syczuanie bamei (7)

Ból głowy, mięśni, krwotoki z nosa, nieustająca zadyszka, uczycie duszności, potworne zmęczenie i jeszcze kilka innych fajnych rzeczy towarzyszyły przed pierwsze 10 dni pobytu, co tak, w sumie daje jedną trzecią. Jest to dowodem, że Himalaistą nie zostanę, bo wyjątkowo źle znoszę duże wysokości. Wszystkie te objawy, które wypunktowałam zostały spowodowane szybkim znalezieniem się przeze mnie na wysokości około 3 tysięcy metrów n.p.m., czyli chorobą wysokościową. Przez te pierwsze dni poruszałam się w tępię siwej babuni, wejście na podwyższenie nad oborą, gdzie miałam pokój wprawiało mnie w stan przedzawałowy i spałam po kilkanaście godzin na dobę.

Tambylcy pokazali mi wtedy, że jest coś takiego jak herbata z gryki, (buckwheat tea), która ma pomagać tlenowcom przeżyć w środowisku beztlenowym. Ostatecznie o jej działaniu się nie wypowiem, ale jest przepyszna w smaku.

3. Nie myć się.

Przyznaję się, że to właśnie od tego punktu zazwyczaj zaczynam opowiadanie swoich tybetańskich przygód. Bo tak, przez miesiąc się nie myłam. Bo nie było bieżącej wody. Na ogromny obszar kilku kilometrów kwadratowych przypadały dwa ujęcia wody, jedno u Laobana na podwórku, drugie na terenie świątyni. Każdego dnia przychodzili ludzie z kilkunastolitrowymi baniakami na taczkach, po wodę na domowy użytek. Trudno im się więc dziwić, że o wodzie do mycia nikt już nawet nie myślał. Kobiety prały ubrania w lodowatej, na wpół zamarzniętej i bardzo zaśmieconej rzece. W domu Didiego „kroplowało” się wodę do mycia rąk, ale to i tylko jeśli ktoś się naprawdę uparł, że musi te ręce umyć.

Ja codziennie dostawałam czterolitrowy termos gorącej wody, dokładnie taki sam, jakiego używają Chińczycy na kampusie Minzu. Fantastyczne było to, że taki chiński termos potrafi i porządnie trzymać ciepło nawet do dwóch dni. Złe było to, że czasami mogłam uprosić jeszcze drugi termos ciepłej wody i to wszystko. Mogłam sobie wtedy zrobić pranie, lub wziąć pseudo kąpiel polegającą na błyskawicznym polewaniu się wodą z miski za pomocą kubka. Szał. Wiem już, że zupełne minimum wody potrzebnej do umycia całego Krasnala od włosów po stopy to sześć litrów.

tybet sychuan

W ten sposób brałam „kąpiel”.

Ale dlaczego piszę „błyskawicznym”? Bo chińskie domy zazwyczaj są nieogrzewane, nawet w Pekinie niektórzy ludzie zimą chodzą sobie po domach kurtkach, czapkach i rękawiczkach, a na wioskach to już absolutny standard, ludzie nawet nie wiedzą, że może istnieć coś takiego jak ogrzewanie. No i tam też nie było. Do spania dostałam od Laobana cztery pierzyny, jeśli zostawiłam wieczorem jakąś wodę w misce lub herbatę w kubki, to przez noc zamarzała. Szybka kąpiel to kąpiel w tym wypadku to kąpiel w warunkach minusowej temperatury.

4. *Jeść ziemniaki.

Tym, czego się zupełnie nie spodziewałam po swojej podróży, było, że zmieni moje podejście do jedzenia. A zmieniła bardzo.

Przyjechałam do Chin jeszcze jako weganka zupełnie nieświadoma tego, że jest to sposób odżywiania tutaj niemożliwy. Ale nie to jest ważne, a to, że było w moim życiu dużo kombinowania, co jest zdrowe, czy to, czy tamto i w ogóle, och! Co jeść! Co jeść! Nawet swego czasu czytałam bloga takiej pani, której rady teraz poleciłabym tylko wielkiemu wrogowi.

To „co jeść” to problem pierwszego świata.

Napisałam, że „restauracja” w Bamei była trzydaniowa, ale to tylko ze względu na mnie taka była. Laoban codziennie, od samego rana do samego wieczora lepił pierogi i to naprawdę absolutnie codziennie i bez przerwy. W środku te pierogi miały krowę. I ludzie codziennie chodzili tam jeść wciąż takie same pierogi i tylko ta krowa w środku co jakiś czas się zmieniała. Ewentualnie można było jeszcze dostać zupę z krową i makaronem ryżowym. A dla mnie Laoban wymyślił ziemniaki. Bierze się ziemniaka, trze się go na tarce o dużych oczkach i wrzuca na gorący olej dolewając też wodę. I tak się to dusi do miękkości, dodaje trochę pasty z chilli i ostatecznie podaje z ryżem. Danie to pochodzi z kuchni syczuańskiej i jest mocno takie sobie. Jadłam to dzień w dzień od pierwszego do ostatniego dnia, no, ledwie dwa razy w Bamei, osiem kilometrów od mojego miejsca bytowania, przy okazji zakupów, dostałam zupę z papryczek chilli. Ona nie była ostra, była absolutną ostrością, jeszcze dwie godziny po posiłku czułam jakby cały przewód pokarmowy płonął mi żywym ogniem. To też danie syczuańskie i niestety, ale wcale nie wegetariańskie, bo gotowane na krowie.

Byłam w miejscu, gdzie ludzie nie martwią się „co jeść?”, bo nie mają wyboru. Wyżyna Tybetańska to nie miejsce sprzyjające rolnictwu i mało co w ogóle tam rośnie. A w zimie nic. Spiżarnia i sklep Laobana to krowy i jeszcze więcej krów, ziemniaki przechowywane od lata, pory, papryczkę chilli, mąkę i paczkowane przekąski w mało urozmaiconym wyborze. A opuszczając pobliże świątyni i jadąc właśnie do Bamei można było nabyć syczuańskie mandarynki, jabłka zawsze-wszędzie, jakieś grzyby i jeszcze więcej wołowiny.

Nie ma nawet marchwi.

Codziennie na śniadanie jadłam pół paczki bułkopodobnych babeczek wprost z paczki, a na obiad duszone ziemniaki z ryżem. Kiedy się upierałam, żeby zjeść więcej mogłam sobie kupić zupkę z paczki, jeszcze jakieś smakujące kurzem ciastka lub mandarynki, jeśli akurat wybierałam motor-stopem.

Wszyscy goście, którzy przychodzili jeść do Laobana zawsze brali to samo, więc samo przez się się rozumiało, że ja też codziennie mam to samo. Za każdym razem, kiedy widziałam Laobana zabierającego się za ziemniaka dla mnie miałam mu ochotę powiedzieć, że ja to jako Polka znam tysiąc przepisów na ziemniaka i mogę go ich nauczyć, a nawet nie ma problem, sama sobie ugotuję. Ale raz, bariera językowa. Dwa, nie wiedziałam, czy by takie moje zachowanie nie zostało poczytane jako obraźliwe.

Przez jakiś czas wytrzymywałam bez problemu na takiej diecie, ale szybko zaczęło dawać mi się we znaki niedożywienie najbardziej denerwująco objawiające się jako silna potrzeba konkretnego smaku. Miałam takie dwie noce, kiedy nie mogłam spać, bo tak okropnie chciało mi się… lukrecjowych żelek. Ja lubię lukrecjowe żelki, a do tego łatwo można dostać je w wersji wegetariańskiej.

Takie różne perypetie nauczyły mnie jeść, tak po prostu. Bo jest. Bo jest dobre. Bez filozofowania nad talerzem, a z radością smaków bardzo słodkich, bardzo słonych, bardzo ostrych i w ogóle podobno niezdrowych. Wyjątkiem jest mięso, do którego nadal nic nie jest skłonne mnie przekonać. (Patrz punkt 6).

Ciekawostka: Buddyjski wegetarianizm okazał się bajką dla new age’rów, przynajmniej na tej szerokości geograficznej. Abstynencja też. Bo jak to tak bez piwa do obiadu? Przecież się nie da. A w ogóle to koniecznie trzeba pić wódkę, bo zimno jest.

5. Fruwać motor-stopem.

tybet w syczuanie bamei (14)

Najpopularniejszym środkiem transportu w Chinach są skutery, bo małe, a więc wszędzie wjadą i jeżdżą na prąd, nie trzeba tankować. Ale tam, gdzie ciężko z prądem tak aż, że czasami przez kilka dni nie udaje się naładować telefonu, (doświadczyłam), ludzie przesiadają się na benzynowe motory. Samochody posiadają tylko ci, którzy potrzebują daleko wyjeżdżać, lub jadąc w kilku muszą w miarę statecznie wyglądać. Tak, pięcioosobowa rodzina może jechać na jednym motorze, ale pięciu mnichów już nie, bo nie wypada. Oni to góra w trzech.

Jedynym dostępnym sposobem podróżowania dla niezmotoryzowanych jest łapanie stopa, „motor stopa” w wypadku tak małej liczby samochodów.

Jak łapie się stopa w Tybecie? Po pierwsze długo, ludzie niemal zawsze się zatrzymują i podwożą autostopowiczów, ale jesteśmy Nigdzie i czasami nawet kilkadziesiąt minut nic nie jedzie. Po drugie nie należy zabierać się z ludźmi w kaskach. Zazwyczaj ludzie jeżdżą „na taliba”, czyli szczelnie zakutani w szalik dla ochrony przez mrozem i wiatrem, kask oznacza, że noszący go delikwent lubi szybką jazdę. A szybka jazda na pustkowiu, gdzie drogi są proste i puste to naprawdę szybka jazda. Nie należy zabierać się także z ludźmi w tradycyjnych płaszczach lub z mnichami. Bo takie typy ubrania to na dobrą sprawę obszerne szmaty, które delikwent co chwila w czasie jazdy poprawia… Jeżdżąc z takimi miałam wrażenie, że ten kawałek odzieży zaraz się z niego zsunie na dobre a ja razem z nim.

Raz mi się trafił kierowca i w kasku i w tradycyjnym płaszczu. Podczas jazdy krzyczałam, żeby zwolnił, że ja nie chcę umierać, bo jeszcze nawet nie mam rodziny. Cóż, wydaje się, że w huku wiatru mój głos do niego nie docierał. Albo po prostu nie rozumiał po polsku.

Ekstremalne przeżycie.

Ciekawostki:

  • Do całego tego niemycia się, braku wody, braku prądu i opalania pieca czymkolwiek, co się spala, jeśli już ktoś ma samochód to tylko nowy. Nie widziałam, żeby ktokolwiek jeździł jakimś rzęchem, nie. A mnisi jeżdżą bez tablic. Po tym poznawałam nawet z daleka, czy samochód należy do świątyni, czy nie, po braku tablic.
  • W geście pozdrowienia ludzie na siebie trąbią ile wlezie. Na początku mnie to bardzo denerwowało, ale szybko przestałam zwracać uwagi na trąbienie kogoś na kogoś, a trąbienie na mnie stało się miłe.

6. Zaprzyjaźnić się z krową.

tybet w syczuanie bamei (5)

Tam zwierzęta były wszędzie, pokonywały wszelkie przeszkody i płoty, żeby tylko dostać się na lepsze pastwisko lub po prostu przejść. Widziałam krowę przeciskającą się przez małe okienko w świątynnym murze. Widziałam świnię bawiącą się kawałkiem fioletowej folii, bo fajnie szeleściła. Na podwórku Laobana przez pierwsze dwa tygodnie mojego pobytu pasła się biała krowa, która uwielbiała wchodzić do kuchni. Wystarczyła chwila nieuwagi, a ona już stała między piecem, a stolikami. Po tych dwóch tygodniach niestety się straciła, podejrzewam, że wylądowała w pierogach.

Zakochałam się w krowach i o ile kiedyś mi się wydawało, że to koty są figlarne, zaczepne, słodkie i samowolne teraz już wiem, że krowy są to wszystko o wiele, wiele bardziej. I następnym razem, kiedy ktoś się mnie zapyta, jakim chciałabym być zwierzęciem, powiem, że krową.

A niestety Tamblcy nie kochają zwierząt. Rzucanie kamieniami w celu odstraszanie wszędobylskich ciekawskich jest na porządku dziennym. Kopanie też jest częste. Szczególnie opłakany jest stan psów, które w zasadzie są niczyje, a za to głodne, brudne, zawszone i chore. I tyle jest usprawiedliwienia tego stanu rzeczy, że chorzy ludzie tam też chorzy pozostają, opieka lekarska w zasadzie nie istnieje. Znaczy się jest apteka w Bamei i widziałam ludzi z podłączonymi kroplówkami siedzących na stołeczkach przed ową apteką… Na ulicy przed apteką.

DSC_0281-300x199Inna przykra rzecz to wszędobylskie śmieci. Nie istnieje tam żaden system oczyszczania, czy wywozu śmieci. Dlatego w pobliżu domów rzeka niesie kilogramy śmieci, papierków po cukierkach i butelek po coli. A ludzie mieszkający z dala od rzeki wszystko palą. Nie tylko plastik, nawet metal.

 

Ciekawostki:

  • Wyżynę Tybetańską zamieszkują zupełnie inne rasy zwierząt niż te znane z Europy, zazwyczaj mają krótkie nogi i długą sierść. Takie są krowy, takie są konie. Ale oczywiście są też zwierzęta dużo większe, jaki potrafią być olbrzymie, a przecież wyczytałam, że te dziko żyjące są jeszcze większe.
  • Zwróciłam uwagę na brak kotów, który bardzo rzucał się w oczy.
  • I to, czego nigdy nie zapomnę. Widziałam jak się ujeżdżą tybetańskie kuce i wyglądało to zupełnie jak rodeo na amerykańskim filmie. Koń robi wszystko, żeby zrzucić jeźdźca, jeździec robi wszystko by nie spaść.tybet w syczuanie bamei (12)

7. Przeżyć deprywację sensoryczną.

Był taki jeden jedyny dzień, kiedy Didi zabrał mnie do swojej rodziny. Najpierw mogłam posiedzieć i popatrzeć jak malował słonie na meblach, co nie było takie najgorsze, bo uważam przyglądanie się ludziom przy pracy artystycznej uważam za przyjemne. Tylko zrobiłam ten błąd, że kiedy stworzenie wyciągnęło butelkę wódki i stwierdziło, że wypijemy, to ja powiedziałam, że nie pije. No i nie wypiłam. Niestety, Didi się strapił i doszedł do wniosku, że skoro ani nie gadam po ludzku, ani nie chce pić, to on nie wie, co by można było ze mną robić. I odstawił mnie swoim mówiącym tylko i wyłącznie po tybetańsku rodzicom. Jego ojciec ugotował na kolację ziemniaki z kwadratami ciasta pierogowego, które tam uchodziło za danie warzywne. Dodaje się pora, mnóstwo sosu sojowego i właściwie tyle. Brzmi dziwnie, ale było doskonałe. Zresztą, przyznaję się, że ta potrawa, niestety w wersji z kuchenki elektrycznej, zawojowała moją kuchnię w Pekinie.

Ale, później był film. Didi w moment po kolacji stwierdził, że on już idzie spać. Ja, na to, że jak to, a co ze mną. On, że nie ma świateł w motorze, a już jest ciemno i muszę spać u nich. No i on idzie spać. Okej. On się stracił, matka wyciągnęła malę i zaczęła głośno mantrować, ojciec włączył w telewizji chiński film. Fabuła była niezwykle prosta i poniekąd był to film o wielkiej miłości dwóch mężczyzn do jednej kobiety, z których ona kochała tylko jednego. Lało się mnóstwo krwi, strzelali się na pistolety, walczyli tasakami i siekierami. No, piękna historia o miłości. Zajęłam się wtedy zabawianiem dwuletniej siostry rodzeństwa. Mówiłam do niej po polsku, a jej się bardzo podobały te dziwne dźwięki, które wydawałam.

Powiedziano mi, że dziewczynka miała dwa lata, natomiast sama bym się tego nie domyśliła. Z powodu zimna dziecko leżało zawinięte w cztery pieluszki i trzy kurtki i zupełnie nie mogło się ruszać, podczas kiedy mogłaby już w tym wieku biegać. Nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Pieluszki dzieciom zmienia się tam dwa razy dziennie, rano i na noc, a tak przez cały czas ono leży i leży, co jakiś czas dostaje jeść, a je już właściwie to samo co dorośli.

Z tyłu domu były jeszcze dwa pomieszczenia. Ale od początku. Na parterze mieszkały sobie dwie krowy. Schodami wchodziło się do góry, do dużego pomieszczenia z piecem i kanapą, to tutaj toczyło się całe życie rodzinne, tutaj się gotowało, tutaj stał telewizor. Dalej były dwa mniejsze pokoje, w których stały tylko łóżka i mnóstwo pierzyn. To dwie sypialnie, męska i żeńska. Z żeńską graniczył balkon, a nawet można by powiedzieć taras, tutaj stał magnetofon i… tutaj chodziło się nocą siusiu. Dom nie miał żadnej łazienki, w ciągu dnia potrzeby fizjologiczne załatwiało się za domem, nocą na balkonie/ tarasie.

Ja dostałam łóżko w żeńskiej sypialni, obok mnie spała matka i mała siostrzyczka. Matka z uparciem przykrywała mnie coraz to większą ilością pierzyn, które były ciężkie, najprawdopodobniej wypchane sianem i bardzo brudne. I wyszło jak jestem wygodnicka. Było jasno, przez całą noc paliło się światło, było mi gorąco, czułam się brudna, bo nie miałam możliwości nawet umyć rąk i zębów. Ciążyły mi brudne pierzyny, ale znów kiedy się odkryłam to było mi zimno. Skończyło się na wgapianiu się przez całą noc na zegarek, aż do szóstej rano, kiedy to ojciec wstał i w ł ą c z y ł  m a n t r y. W bardzo bliskim sąsiedztwie stały blisko siebie trzy domy i w każdym z nich dokładnie o godzinie szóstej rano ojciec rodziny włączył nagranie z mantrami na cały regulator. R o ż n e nagrania. Coś jakby w jednym domu puszczono Zdrowaś Mario, w drugim Ojcze Nasz, a w trzecim Wierzę w Boga Ojca, albo jeszcze bardziej. Hałas taki, że bolały uszy. Dziecko zaczęło płakać.

I wtedy naprawdę wyszłam z siebie i stanęłam obok. Historia na forum ezoteryczne.

Złożyłam sobie obietnicę, że jeśli jeszcze raz zdarzy mi się, że jakiś facet wyciągnie butelkę wódki i powie mi „Wypijemy”, to ja ją naprawdę z nim wypiję. Bo mam wrażenie, że po alkoholu jakoś bym inaczej zniosła bojowy chrzest na podróżnika. Bo to właśnie to było, przemienianie się z dziewczynki pierwszego świata, która w szafie ma buty na obcasach, w których nie potrafi chodzić, ale które to buty są tak ładne, że trzeba je było kupić, w człowieka, któremu się straszne są żadne warunki życia. Ale jeszcze wiele mi brakuje do bycia Cejrowskim.

A plus siusiania na balkonie jest taki, że można pooglądać wszystkie gwiazdy.

8. Oczyścić umysł.

tybet w syczuanie bamei (11)

Skoro już doszłam znów w swojej opowieści do wątków nie-koniecznie-praktycznych to muszę napisać, że taka samotna podróż nie pozostaje obojętna dla psychiki. Nawet jeśli spałam w miejscu z czystą pierzyną, cichym i miałam do dyspozycji swoją miskę z wodą, czyli zrobiłam swojego rodzaju „Tybet level: begginer” . Kiedy nie miałam ani z kim rozmawiać, ani nawet za bardzo na czym zawiesić oka mój mózg przestawił się na zupełnie nieznany mi tryb pracy. Na początku odblokowała mi się pamięć, wszystkie wspomnienia nabrały głębio, kolorów i szczegółów. Samoczynnie zaczynały mi się przypominać zdarzenia, których wcześniej w ogóle nie pamiętałam. I to wcale nie jest prawda, że nie pamięta się zdarzeń sprzed swojego trzeciego roku życia. Mój umysł nawet bez mojej woli zaczął wszystko wyrzucać, robić przegląd remanent i w ogóle wielkie porządki. Chwilami przechodziłam to bardzo gwałtownie.

Ale generalnie byłam tam bardzo, bardzo szczęśliwa. Nawet kiedy pomstowałam nastoletnich mnichów i piekielne rodzeństwo.

9. Zadłużyć się w Iranie.

Taką oto atrakcję zafundowałam sobie na kilka dni przed wyjazdem. Przyjechałam do Tybetu z ilością gotówki mającą mi wystarczyć na kilka tygodni i chciałam wstrzymać się od korzystania z bankomatu tak długo jak tylko to możliwe, żeby nie ryzykować trzymaniem w pokoju zbyt dużej ilości gotówki. Wystarczała mi informacja, że w Bamei bankomat jest i mi się wydawało, że skoro jest to wszystko okej. Zdecydowałam się z niego skorzystać dopiero na dwa dni przed wyjazdem, kiedy to już nie mogłam sobie odmówić zakupu tradycyjnych tybetańskich kolczyków i takiej pięknej, kolorowej czapy.

Podchodzę do Bankomatu, wszystko jest elegancko, on nawet po angielsku do mnie gada, cacy, cacy, tylko jak przychodzi do wstukiwania pinu i ja mu go podaję to on do mnie, że przekroczyłam czas wykonywania operacji i tak jakby chciał, żeby mu coś jeszcze napisać. I jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu weszłam do środka banku, a był to Sichuan Rural Union i udało mi się dogadać z człowiekiem od obsługi klienta, który na początku też nie wiedział, jaki może być problem. Okazało się, że oni działają na innym systemie bankowym i ich karty mają po sześc, a nie po cztery cyfry i nie da rady, z ich bankomatu pieniędzy nie wypłacę. W ogóle u nich pieniędzy nie wypłacę.

Chcąc nie chcąc zadzwoniłam do Didiego, z zapytaniem, czy on wie, gdzie w okolicy jest inny bank, z którego mogłabym skorzystać. On na to, że wszystko wie i nie ma problemu, zaraz po mnie przyjedzie. A po 15 minutach zadzwonił do mnie Leo, że dzwonił do niego Gege, że dzwonił do niego Didi, że on nie wie, o co mi właściwie chodzi… I takich dalszych przeprawach, skończyło się na tym, że zaciągnęłam dług w Iranie. Anglista dał pieniądze Leonowi. Leon dał je Gegemu. Gege posłał je Didiemu. Didi dał je mnie. To się nazywa skompilowana transakcje. Ale Anglista na to wszystko tonem arabskiego szejka: „Kamman łi ar frends!”

 

W piątek 23.01.15 opuściłam Bamei i udałam się w stronę Kangding. Dzięki Laobanowi, który osobiście wsadził mnie do samochodu znajomego prywatnego przewoźnika.tybet w syczuanie bamei (4) tybet w syczuanie bamei (9) tybet w syczuanie bamei (8) tybet w syczuanie bamei (13) tybet w syczuanie bamei (15) tybet w syczuanie bamei (16)

C.D.N.

 

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

  • Natalia

    Fascynujący wpis- czytałam z rozdziawioną buzią! Widać, że podróżowanie nie jest dla każdego – tym bardziej Cię podziwiam!!

    • Norma Sam

      哈哈 Dziękuję. Tylko mnie się cały czas wydaje, że niczego wielkiego nie osiągnęłam i to nie jest fałszywa skromność. Po prostu mam o wiele większe ambicje 🙂

    • Kasia

      No. I jeszcze zaczepianie mnichów, żeby zabrali na stopa. Kosmos jakiś!

  • Kasia

    Podziwiam w dalszym ciągu. Miesiąc się nie myć! Fuj! Obleśne, ale tak jakoś, że Ci człowiek zazdrości.

    • Aż się poplułam ze śmiechu… Nie no, nie było tak źle. Tak to już jakoś jest, że wszystko wydaje się dużo gorsze w opowieści. Chińczycy powiadają, że słuchany Wielki Mur jest większy niż ten oglądany. A my mówimy, że strach ma wielkie oczy.
      No, chociaż nie namawiam, żebyś tego niemycia próbowała. Ale jak najbardziej polecam Ci zrobić coś szalonego!

  • Twoje podróże sa niesamowite….mówiłam, TY powinnaś wydać ksiązkę;)

    • Dziękuję, po raz kolejny zresztą. Lepiej to powiedz jakiemuś wydawcy <|;^P

      • To jest myśl! Chętnie napiszę, a masz na oku jakieś wydawnictwa, które słyną z podróżniczych pamiętników?:)

        • Niestety nie. Ale wiesz, jak mi udostępnisz post, coby go więcej osób czytało, to w końcu sam się ktoś zainteresuje <|;^*

  • Ola

    Długie, ale przeczytałam! przywiało mi to wspomnienia z Nepalu i prawie wszystkie punkty się tego tyczą (myłam się częściej, ale chodziłam czarna od kurzu i wszystkiego). I to, że trzeba jeść to co jest, bo nie ma wyboru.. Wspaniała przygoda! życzę więcej takich!

    • Cieszę się i dziękuję! Pisałaś gdzieś o swoim Nepalu? Daj linka to chętnie przeczytam.

      • Ola

        piszesz z sercem, więc bardzo dobrze się czyta – jak książkę 🙂

        ja pisałam trochę tutaj, ale nie dało się wszystkich wspomnień przelać w słowa… http://aleksandrakaliszan.com/pl/category/kierunki/nepal-kierunki/

        • Dziękuję jeszcze raz i na pewno przeczytam co napisałaś, już nawet zerknęłam i to Twoje zdjęcie: http://aleksandrakaliszan.com/wp-content/uploads/2015/04/WP_002055.jpg położyło mnie na łopatki. Jest przepiękne! A przy okazji widzę, że średnia wieku mnichów tam gdzie byłaś Ty i tam gdzie byłam ja, jest podobna <|;^*

          • Ola

            robiliśmy sobie zdjęcia telefonami i nie wierzyłam w to, co się dzieje haha 🙂

          • Wspaniale uchwycony moment. Ja na taki polowalam, a jak wiadomo jeśli się chce za bardzo to nie wychodzi. Twoje jest doskonale!

  • Look_Up_To_Life

    Świetny tekst jak z książki podróżniczej! Super się czyta i bardzo zazdroszczę Ci tego pobytu. Mam nadzieję, że kiedyś też będzie mi dane zobaczyć Tybet 🙂

    • Dziękuję i trzymam kciuki, żeby Ci się udało! <|:^*

  • Look_Up_To_Life

    A tera zerknęłam na komentarze poniżej i widzę, że nie tylko ja miałam to wrażenie, że powinnaś napisać książkę 😀 😀

  • Dobra, jestem w szoku. Średni wiek mnicha 15 lat?! Ale jak to?!

    • Też bym chciała wiedzieć. Zajrzyj też do Aleksandry Kaliszan, która była w Nepalu. I tam oni też mieli po tyle lat. No chyba, że tylko tak wyglądają, a w rzeczywistości mają po 50 <|;^P

      • Dorota Wójciak

        Może jednak warto tam wrócić i sprawdzić jak to jest z tymi mnichami? Mnie się nie chce i jestem tchórzem, ale Ciebie będę podpuszczać 😉

        • To może tam poślemy tego z kucykiem? On mówi jakimiś azjatyckimi znaczkami ze wskazaniem na tybetański?
          Ale swoją drogą to chętnie tam jeszcze kiedyś wrócę.

  • Justyna Witkowska

    sikanie z gwiazdami mnie rozwaliło!

    BTW a na boso przez świat już popylasz? 🙂

    • Bywa, boso zdobyłam chiński mur <|;^D

  • Dorota Wójciak

    „ojciec wstał i w ł ą c z y ł m a n t r y. W bardzo bliskim
    sąsiedztwie stały blisko siebie trzy domy i w każdym z nich dokładnie o
    godzinie szóstej rano ojciec rodziny włączył nagranie z mantrami na cały
    regulator. R o ż n e nagrania. Coś jakby w jednym domu puszczono Zdrowaś Mario, w drugim Ojcze Nasz, a w trzecim Wierzę w Boga Ojca” a mnie najbardziej rozczulił ten fragment <3

  • Pamar Travel

    Ale przygody! Ja już na początku spanikowana biegłabym z powrotem na lotnisko! Także podziwiam odwagę. A zdjęcie czarnej świni robi wrażenie. Jest ogromna!

    • Dziękuję! A najgorsza tam była pewna świnia stróżująca, (całkiem poważnie). Uciekałam przed nią :^*

  • Zazdroszczę tak strasznie, że aż brakuje mi słów! 😀

    • To było już na tyle dawno temu, że teraz i ja już sobie zazdroszczę. Ale jeśli się uda, za jakiś rok zawitam tam znowu, bo to wspaniałe miejsce.

Close