Wiedźma Wie

Dlaczego tak trudno pokochać swoje ciało?

bodypositivityKomentarze jakie wiele z Was pozostawiło pod ostatnim artykułem na temat nie noszenia stanika sprawiły, że nie mogę nie poruszyć tego tematu. Tematu naszego stosunku do własnego ciała.

Tyle razy przeczytałam słowa „nienawidzę własnych piersi”, że aż mnie zmroziło. I po prostu muszę pociągnąć ten temat. Bo ciało jest po prostu bardzo ważne, bo bez ciała nie żyjemy, bez ciała nie doświadczamy, bo kiedy ciało nie domaga, to trudniej doświadczać życia, bo po prostu fajnie mieć ciało. Nasze ciało to my, a przynajmniej jedna z płaszczyzn nas.

Więc dlaczego tak trudno jest je zaakceptować i polubić?! Internet i blogosfera przepełnione są tekstami krzyczącym „pokochaj siebie!”, które jednak wielu z nas nie przynoszą niczego ponad frustrację nad własnymi kompleksami i nie akceptacją. Coś tu więc mocno nie gra.

Ten artykuł kieruję tylko do kobiet, ale wcale nie dlatego, iż uważam, że problem negatywnego stosunku do własnego ciała u mężczyzn nie istnieje. Wręcz przeciwnie i na podstawie swoich doświadczeń z mężczyznami zaryzykuję stwierdzenie, że jeden facet potrafi udźwignąć kompleksy jakim nie dałoby rady i 10 kobiet. Do tego spójrzcie jeszcze na to, że to określone typy wyglądu, ale i zachowania(!) mężczyzn polegają teraz modzie i zmieniają się co sezon… uważam też jednak, że nie ja powinnam o tym do nich pisać. Bo wiecie, na świecie istnieje bardzo wielu facetów, którzy specjalizują się w mówieniu kobietom jakie powinny być i z czym mają problem. W wielu przypadkach słuchanie. Jednak coś mi w Tm mocno nie gra. Dlatego ja nie będę kobietą pouczającą mężczyzn o męskości. (Tylko, dziewczyny, pamiętajmy o tym, że niektórzy ludzie choć mają penisy to ciągle tacy sami ludzie jak my, ok.? <|:^))

Czym jest bodypositivity?

ilustracja2Hasztagi #bodypositive i #bodypositivity cieszą się sporą popularnością we wszelkich mediach społecznościowych. Na samym Instagramie jest grubo ponad milion tak otagowanych zdjęć.

Ruch, (jeśli mogę go tak nazwać) bodypositive głosi, że każde ciało to dobre ciało. W przypadkach skrajnych, że każde ciało jest piękne. Każde ciało zasługuje na troskę. Moje ciało zasługuje na moją miłość. Na polski więc tłumacząc, w idei bodypositivity chodzi o pozytywny stosunek do własnego ciała.

W „oczywisty” sposób ruch ten sprzeciwia się wyidealizowanemu wizerunkowi człowieka, który istnieje tylko w Photoshopie, a który serwują nam media. Skacząc kilka dni temu po kanałach trafiłam na fragment jednego z programów śniadaniowych, gdzie jakaś Bardzo Mądra Pani mądrzyła o tym, jaką to krzywdę robi nastolatkom oglądanie takich wyidealizowanych ciał z okładek. Wysłuchałam do końca i roześmiałam się w głos. Bo tak, Photoshop to program, jeden z wielu na dodatek, który pozwala poprawić wizerunek osoby na zdjęciu. Oświetlenie też na to pozwala swoją drogą. I tak, ludzie chcą, żeby poprawiać ich wygląd w ten sposób. I tak, inni ludzie patrząc na te poprawione wizerunki chcą wyglądać tak jak one.

Tylko, że to nie tutaj leży problem. Bo:

  1. Photoshop nie zmienia faktu, że ludzie z pięknymi ciałami istnieją naprawdę. On tylko sprawia wrażenie, że niektóre jednostki, które nie należą do tej grupy, do niej należą.
  2. Idealizacja istnieje od czasów starożytnych. Poprawianie urody jest tak stare jak ludzki gatunek.
  3. Poprawianie urody, choćby tylko pozorne jest… naturalne. Bo to biologiczny ryk przedłużania gatunku pcha nas do ludzi o giętkich ciałach, gładkiej skórze i cechach recesywnych. Może się mylę, ale zaryzykuję stwierdzenie, że żadna ilość zdjęć rozstępów w sieci nie sprawi, że to się zmieni.

Wszystko co byłoby więc sensowne, to walka z kanonem urody, z „modą na” te jednak są tak różne pod różnych szerokościach geograficznych, a w dodatku tak szybko same się zmieniają, że chyba ma to mało sensu.

Co rusz ktoś nam mówi co mamy robić, aby kochać siebie. Albo, że jeśli coś robimy to siebie nie kochamy. Aż od tego głowa boli. Upraszczanie również jest naturalną cechą ludzkiej psychiki, dawno temu ułatwiało ono przeżycie. Obecnie zaś życie raczej utrudnia.

Stale mówimy sobie jakie mamy być. Tworzenie, kreowanie siebie jest fajne, ale tylko jeśli budujemy na podstawie swojego wnętrza, nie bezuczuciowego pomysłu. Znaczy jeśli ubierasz się tylko na pomarańczowo, bo uważasz, że to Twój kolor i to uwielbiasz to super. Ale jeśli robisz to, bo wyszło Ci, że to najrzadziej spotykany na ulicach kolor ubrań i dzięki temu będziesz charakterystyczną, przykuwającą uwagę osobą, to tylko się zmęczysz.

W obu przypadkach ubieranie się na pomarańczowo jako takie nie ma większego znaczenia. Tak samo jak posiadanie sześciopaka, farbowanie włosów, farbowanie włosów, na niebiesko, tatuaże, czy makijaż. Ważna jest motywacja i sens, który się za tym kryje. Żadna z tych rzeczy nie może być traktowana jako wyznacznik tego, czy się kochamy, czy nie. Ale jeśli się do czegoś zmuszamy lub czegoś sobie odmawiamy lekceważąc płynącą z wewnątrz potrzebę, to wtedy z pewnością tego nie robimy.

Alicia Keys bez makijażu

ilustracja1News, który obiegł z krzykiem kulę ziemską. Piosenkarka Alicia Keys zrezygnowała z makijażu, bo nie chce się więcej za nim ukrywać. Tylko, że makijaż jako taki jest równie stary jak ludzka kultura. I niemal równie stare są kontrowersje na jego temat. Były w historii okresy, kiedy był on zarezerwowany tylko dla określonych grup społecznych, raz dla wyżej urodzonych, kobiet i mężczyzn, innym razem znów tylko dla prostytutek. I tak w kółko. Co rusz pojawiały się też grupy tępiące go z całą stanowczością. Ich przedstawicieli można spotkać i teraz. Czy makijaż jest problemem? Czymś z czym trzeba walczyć w imię dobrej relacji z samą sobą? Bo trochę takich głosów się przewija, żeby pokazywać swoją prawdziwą twarz. Bo niby jak akceptujemy i lubimy siebie, to nie potrzebujemy się malować. Jasne, może tak być. Ale, czy jeśli lubimy miejsce w którym mieszkamy to znaczy, że nie wieszamy w oknach ładnych firanek i nie ustawiamy dekoracji?

Chcę powiedzieć, że nie musimy się malować, aby czuć się piękne. Ale równocześnie to, że się malujemy nie musi oznaczać, że czujemy się brzydkie.

Potrafię zrozumieć Alicię i jej chęć pokazania „prawdziwej siebie” jeśli od początku jej kariery pokazywała się tylko w charakteryzacji sprawiającej, że rano nie wiedziała na kogo patrzy w lustrze. Liczba zwykłych kobiet, które mają problem z makijażem też jest spora, czy to jednak znaczy, że jest on czymś złym? W Waszych komentarzach pod artykułem o nie noszeniu stanika kilka z Was napisało, że nie wyobrażacie sobie z niego zrezygnować , bo bez niego czujecie się nagie. Blokada psychiczna. Wiele z Was ma też pewnie podobnie z makijażem, że bez niego czujecie się nagie lub zaniedbane. Albo uważacie, że makijaż to coś, co po prostu kobieta mieć musi. Tak jak to, że dziecko po prostu trzeba ochrzcić. W tym miejscu jeszcze tylko rzucę, że w Stanach Zjednoczonych ponad połowa noworodków zostaje obrzezana zaraz po urodzeniu, a jeszcze do lat 90-tych była to zdecydowana większość. W związku z tym przez opatrzenie wytworzyła się społeczna presja wedle której kolejni mali chłopcy zostają obrzezani, bo tak trzeba, bo inaczej będą brzydcy i nie tacy.

I to jest presja, z którą trzeba walczyć. I od której wyzwolenie daje niesamowite uczucie ulgi. Natomiast sam makijaż pozwala na zabawę, daje niewyobrażalne możliwości kształtowania, tworzenia i podkreślania, choćby nastroju. Makijaż rozumiany jako malowanie twarzy, nie jako obowiązkowy puder i tusz do rzęs, bez których czujesz się brzydka. Ja tu mówię o żółtych cieniach do powiek i fioletowej szmince. I o innych kolorach też. A przecież makijaż to tylko jeden z ogromu sposobów zmieniania naszych ciał, z którego korzystamy. Ale o tych innych będzie innym razem.

Prawdziwe źródło kompleksów naszych

ilustracja3I teraz w końcu szczerze i do rzeczy. Czy Twoje moja czytelniczko kompleksy to zbyt niski wzrost w latach 90-tych, za dużo kilogramów na początku lat dwutysięcznych, a teraz brak sześciopaka Chodakowskiej? A może jednak nie? Może od dzieciństwa nie lubisz swojego nosa? Uważasz, że masz krzywe nogi? Albo cokolwiek jeszcze innego? Może Beyonce nic tu nie zawiniła. Chyba każda z nas zna inną kobietę, która naturalnie ma którąś z cech, którą innym trzeba dopiero „dofotoszopować”, np. długie nogi, ale albo sama tego w ogóle nie dostrzega, albo właśnie w tym upatruje swój problemu. Ciągle jesteśmy nie dość jakieś, na przykład nie dość chude. Albo też całkiem nie takie, na przykład mamy włosy kręcone, a chcemy mieć proste. Albo odwrotnie.

Komentarze pod postem o nie noszeniu stanika można podzielić na dwa rodzaje:

1. Chodzić bez stanika? To chyba tylko dla kobiet z bardzo małym biustem! Mój jest na to za duży i ciężki.

2. Chodzić bez stanika? To chyba tylko dla kobiet z dużym biustem! Mój jest na to za mały i bez stanika niemal go nie ma.

I wiecie co myślę? Myślę, że tutaj wcale nie chodzi o cycki, tylko o to, co one dla Was symbolizują. Nawet zupełnie materialistyczni psychologowie zgadzają się już, że nasze ciało przechowuje stare traumy i emocje. Najczęściej my zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy, a tymczasem zakopane „pod dywan” nieprzerobione sprawy z przeszłości wracają do nas pod postacią chorób, bólów i właśnie kompleksów. I może być tak, że twój stosunek do własnego biustu symbolizuje twoje blokady i lęki związane z własną kobiecością, innymi kobietami lub macierzyństwem. Albo jeszcze zupełnie inną rzecz. Podkreślam tą inną, bo jestem ogromną przeciwniczką uproszczeń w stylu „łuszczyca jest objawem problemów z uczuciem zazdrości”, bo one potrafią wyrządzić kurewsko (wulgaryzm konieczny) dużo złego. Lepiej zawsze podejść do sprawy indywidualnie.

Farida Sorana z uwielbianego przeze mnie bloga Ciemnanoc nagrała jakiś czas temu filmik właśnie na temat uwalniania potencjałów z ciała.

Kiedy więc dotrzemy do istoty naszej blokady i zdołamy ją uwolnić z ciała również zmieni się nasz stosunek do niego. Moim zdaniem jednak to dość mało efektywny proces. Prościej jest, jakkolwiek to nie brzmi, wyciągnąć rękę do swojego ciała, zbliżyć się do niego i wtedy ono niejako samo uwalnia cały magazynowany ból.

O tym jak można się do tego zabrać, konkretniej jak mi się to udało będzie już następnym razem. Temat stosunku do własnego ciała, a i też stosunku do ludzkiego ciała w ogóle, jego wyglądu, funkcjonowania, biologii, jest tak złożony, wielowątkowy i rozległy, że można by na ten temat napisać i kilka tomów. Ja popełniłam jeden artykuł z intencją skłonienia Was do przemyśleń i zainspirowania do pogłębienia relacji z Waszymi ciałami. Dajcie znać, czy mi się to udało! <|:^*

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

  • Krasnalu, powód braku akceptacji ciała wśród kobiet w zachodniej kulturze jest bardzo prosty – ma podłoże religijne. Kobiece ciało jest złe i grzeszne, posiadanie PIERSI I uwaga jeszcze gorzej – WAGINY jest powodem do wstydu, a zajmowanie się ciałem i pieszczenie go jest grzechem i powinno prowadzić do poczucia winy, a najlepiej wyparcia seksualności. Nawet osoby, które odeszły od religii, niosą dalej tę naleciałość kulturową, ponieważ sobie jej nie uświadamiają. Objawia się to w języku jakim mówimy o ciele, w atmosferze, jaka towarzyszy tym rozmowom, nie mówiąc już o tym, jak wygląda seks wielu par. Ciało jest zwulgaryzowane i uprzedmiotowione, a cała jego funkcja sprowadza się do tego że ma wyglądać, ewentualnie do tego, że ma najlepiej w ogóle nie istnieć. Ja również padłam ofiarą tego szkodliwego przesądu, który mówi, że ciało jest czymś brudnym i poślednim w porównaniu (ach!) z DUSZĄ. Tymczasem ciało jest BRAMĄ do duszy i zasługuje na ogromną uwagę. Odkąd sobie to uświadomiłam, moje podejście do ciała przeszło metamorfozę, która zresztą wciąż się jeszcze nie skończyła. Należą mu się naprawdę potężne przeprosiny za to wszystko, co jeszcze parę lat temu myślałam na jego temat. Cieszę się, że są kampanie zachęcające do kochania swojego ciała, ale obawiam się, że dopóki nie sięgniemy głębiej i nie nawiążemy z ciałami głębokiego kontaktu, takiego, jaki utraciłyśmy, to każdemu kolejnemu pokoleniu kobiet trzeba będzie serwować takie kampanie.

    Dodam lajtowo na koniec, żeby nie było tak poważnie, że też uwielbiam robić sobie makijaż jako prywatne, tęczowe dzieło sztuki 🙂 Piękna forma ekspresji.

    • Masz rację, że chrześcijaństwo ma tutaj sporo za uszami, jednak nie oskarżałabym tutaj ani tylko, ani głównie jego. Patrzę z perspektywy, że ta akceptacja ciała jest dziś warunkowana przez obowiązujący kanon piękna.

      Tylko właśnie, kiedy już nawiążemy z ciałem relację, naprawdę je poczujemy, to staje się to o wiele łatwiejsze. Ta akceptacja przychodzi niemal z automatu. Z własnym ciałem jest jak z drugim człowiekiem, jak już się z kimś zaprzyjaźnimy to przestaje nam przeszkadzać i jego wady wyglądu i charakteru. To po prostu nasz przyjaciel.
      O! I dzięki Tobie mam główną oś kolejnego wpisu na ten temat <3

  • Ja kocham siebie, w sensie charakter, duszę, serce…Nad pokochaniem ciała pracuję, lecz nie ukrywam, że nie jest to łatwe. Łączy mnie z nim trudny, skomplikowany związek…przed nami jeszcze sporo pracy.

    • Trzymam za Was mocno, mocno kciuki! <|:^*

  • Ja lubię swoje ciało, swoje rozstępy, blizny, pieprzyki, znamiona, dodatkowe kilogramy, moją bladą karnację, moje niesforne cieńkie włosy, swoje usta, nos mimo, że nie są idealne jak u modelek w gazetach, ale są moje i kochać je muszę!

    • Super podejście!
      A tak w ogóle jesteś piękną kobietą! I piszę to szczerze z całego serduszka!

  • Relacje na linii ja-moje ciało nie należą do łatwych, ale na pewno jest o niebo lepiej niż było kiedyś, gdy wystarczyło jedno spojrzenie w lustro, by łzy cisnęły mi się do oczu. Uczę się kochać swoje ciało i w miarę upływu czasu idzie mi to coraz lepiej, choć jeszcze wiele w tej kwestii do zrobienia.

    • Gratuluję Ci postępu. Wiem jakie trudne potrafi być pokochanie siebie i swojego ciała. Niedługo podzielę się sposobami, które działają u mnie i być może pomogą też innym, w tym Tobie <|:^*

  • Po tym, co mnie spotkało z leczenia tarczycy, nie lubię swojego ciała i nie staram się go w takim stanie polubić. Nawet ze sobą nie walczę o zmianę postrzegania. Nie chcę źle pisać, nie tak otwarcie, bo przychodzą mi niemiłe wyrazy. Wiem jedno, nie polubię swojego ciała takim, jakie jest teraz.

    • Trudno mi się komentuje takie słowa, bo wiem jak Ci ciężko. Też kiedyś byłam w tej sytuacji, w czasie terapii sterydowej, kiedy roztyłam i rozpryszczyłam się do monstrualnych rozmiarów. Do teraz mam pamiątkę z tego okresu w postaci licznych rozstępów na udach, pośladkach, brzuchu, ramionach i plecach. I wiem też, że trudno zmienić swój wygląd, dopóki się nie zaakceptuje tego obecnego. Taki paradoks, ale nic tak silnie nie chroni przed zmianami jak nienawiść <|:.^(

Close