Wiedźma Wie

GCA: Z chińszczyzną (na talerzu) za pan brat by Agata Grądecka

jedzenie w chinach

Najlepsze jedzenie po zmroku, fot. Agata Grądecka.

你吃了吗, ni chi le ma, czyli w dosłownym tłumaczeniu „czy już jadłeś?”. Ten zwrot często zaczyna chińskie rozmowy. Jest po prostu powitaniem, zamiast zwykłego „dzień dobry”. I sygnałem jak duże znaczenie ma dla mieszkańców Państwa Środka spożywanie posiłków, gotowanie i sztuka kulinarna.

Kuchnia chińska jest niesamowicie różnorodna. Nie można się jednak dziwić. Na powierzchni prawie 9,6 mln km2 nie ma prawa być inna. Skoro prowincje różnią się językiem, to dlaczego nie kuchnią. Nie chcę jednak skupiać się tutaj na charakterystyce kulinariów poszczególnych regionów, ale przybliżyć Wam moje wspomnienia z kuchnią chińską i miejscami, w których stołowałam się podczas mojego rocznego pobytu w Xiamen. A jest ich niemało, bo lubię odkrywać nowe smaki i nie odstraszają mnie miejsca spoza turystycznych szlaków. W końcu tam gdzie jedzą „lokalsi” jest najsmaczniej, więc nie ma się czego bać. Pałeczki w dłoń i próbujemy!

Mieszkałam w Xiamen, średniej wielkości mieście w prowincji Fujian, położonej na południu Chin. Różnorodność knajpek pozwoliła jednak popróbować różnych smaków także z innych regionów kraju. Zacznę może od tego…

jedzenie w chinach

Najlepsze jedzenie po zmroku 2, fot. Agata Grądecka.

Czego mi najbardziej brakuje i nie znalazłam tego smaku w Polsce?

Pierożków gotowanych w wodzie (wcale nie na parze w charakterystycznych, bambusowych koszyczkach) z nadzieniem z wieprzowiny i chińskiego czosnkowego szczypiorku, czyli 猪肉韭菜饺子, zhurou jiucai jiaozi. Jadło się je z własnoręcznie „zmiksowanym” maczadełkiem. Na każdym stole stała butelka z sosem sojowym i czarnym chińskim octem, a z pierożkami podawane były jeszcze płatki chili i rozgnieciony świeży czosnek. W zależności od własnych preferencji smakowych robiło się z tych składników sos, w którym maczane były pierożki. Mniam… Pamiętam ten smak bardzo dobrze i jest to jeden z kilku, za którym tęsknię. O ile pierożkarnie ostatnio powstają w Polsce i jest ich coraz więcej… to wciąż to nie jest to samo. Nigdzie nie używają 韭菜, jiucai, chińskiego szczypiorku, który w zasadzie nadawał całego charakteru potrawie. Jeśli traficie gdzieś na niego, błagam dajcie mi koniecznie znać. Niechybnie polecę wypróbować. I Wam też radzę.

jedzenie w chinach

Huo guo, hot pot czyli gorący kociołek, fot. Agata Grądecka.

Do chińskiego szczypiorku/czosnku trzeba się nieco przyzwyczaić. Ma bardzo charakterystyczny i bardzo, bardzo intensywny zapach. Właśnie taki czosnkowy, ale jeszcze z pewnym orientalnym aromatem. Dla mnie osobiście ten zapach nieodłącznie kojarzy się z Chinami. Nie tylko z pierożkami, ale również z jeszcze inną potrawą –韭菜饼, jiucai bing. Były to grube placuszki smażone w głębokim tłuszczu z drobno pokrojonym jiucai. Podawano je w niewielkiej knajpce serwującej dania z Xinjiangu, regionu położonego w północno-zachodnich Chinach. Placki były jedynie przystawką, bo tam spożywało się głównie… makarony, smażone z warzywami, z mięsem. Takich makaronów jak tam nigdzie już nie zjadłam. Myślicie, makaron w Chinach? A co się stało z ryżem. Cóż, jak mi wyjaśnił pewnego razu przystojny mieszkaniec Xinjiangu (tak, zdarzają się przystojni Chińczycy), na północy je się makaron i dlatego średnia wzrostu jest większa niż w przypadku mieszkańców południa kraju, gdzie spożywa się głównie ryż. Na makaronie lepiej się rośnie. Faktycznie, był wyższy niż jego rodacy z  południa.

Ostatnia rzecz, której mi brakuje i której nie uświadczycie w Polsce. W pewnej uliczce w okolicach xiamen’skiego uniwersytetu, od razu po zmroku wystawiano szerokie stoły z mnóstwem plastikowych koszyczków. A w tych koszyczkach same dobro: warzywa, mięso, tofu, grzyby. Wszystko ponakłuwane na patyczki szaszłykowe. Własnoręcznie nakładało się wszystko na co miało się ochotę do pustego koszyczka. Następnie jego zawartość lądowała w ogromnym woku wypełnionym gorącym olejem. Szybkie smażenie na głębokim tłuszczu, wyłożenie na talerz i już można było zajadać stojąc lub, jeśli się miało szczęście, siedząc na malutkim stołeczku (takim do pół łydki) ustawionym na chodniku. Może to mało higieniczne, ale jakie pyszne!

Czego mi brakuje, ale polskie substytuty są akceptowalne?

Wypróbowałam kilka chińskich restauracji w Polsce, głównie w Warszawie i mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że podawane tam dania naprawdę smakują tak jak w Chinach (poza nieszczęsnymi pierożkami). Bakłażan o smaku rybnym (dosłowne tłumaczenie nazwy chińskiej – 鱼香茄子, yuxiang qiezi, której zagadki jeszcze nie rozwikłałam… kompletnie tam smaku ryby nie czuję), pikantny kurczak z orzechami nerkowca (宫保鸡丁, gongbao jiding) czy smażony z czosnkiem wilec wodny zwany również przez moich przyjaciół „tę twoją trawą” (pod ani jedną ani drugą nazwą w polskim menu nie figuruje, raczej szukajcie go jako warzywa tajlandzkie, bądź jako 空心菜, kongxincai).

jedzenie w chinach

Ta moja trawa, kongxincai smażone z czosnkiem, fot. Agata Grądecka.

Jest więc możliwe zaspokojenie głodu prawdziwej „chińszczyzny” nie jadąc do Chin.

Czego mi nie brakuje, a w zasadzie bardzo się cieszę, że tego nie ma?

Tu wymienię tylko jedno pojęcie – owoce morza. Po prostu nie mogę się do nich przekonać. Po pierwsze, mam złe wspomnienia po zjedzeniu jednej krewetki. Moje ostatnie zatrucie pokarmowe w Chinach, koszmarna noc przed samym wylotem na wyprawę po bardziej północnych regionach. I po drugie, zapach smażonych na głębokim tłuszczu ośmiorniczek. Było takie miejsce, tuż przy jednej z bram kampusu Uniwersytetu Xiamen, gdzie musiałam wstrzymywać oddech. Za pierwszym razem był to dla mnie szok, ale potem już się wycwaniłam. Wiedziałam, w którym miejscu muszę przestać oddychać, i kiedy mogę bezpiecznie zacząć. Praktyka czyni mistrza. Bardzo się więc cieszę, że takich zapachów nie czuć na naszych polskich ulicach.

Jedzmy tam gdzie „lokalsi”

Na zakończenie jeszcze jeden banał, który w zasadzie przewija się w każdym podróżniczo-kulinarnym artykule. Stołujmy się tam gdzie lokalni mieszkańcy. Ja tak jadałam, bo było po prostu najtaniej i najsmaczniej. A także dlatego, że nie chciałam zachęcać żadnymi smakowitymi zapachami niezbyt apetycznego robactwa do zamieszkania razem ze mną. Takich lokatorów bym nie zniosła. Dlatego kuchnię jednogłośnie ze współlokatorkami zapieczętowałyśmy i stołowałyśmy się na mieście. W różnych miejscach… o różnym poziomie czystości. Niezbędne było poszerzenie swojej tolerancji na brud i ustalenie pewnej granicy. Ja tolerowałam karaluchy na ścianach, ale nie zniosłabym gdyby siedział mi jakiś w talerzu. Do takiego miejsca na pewno już bym nie wróciła. Nieważne jak smaczne by tam nie było jedzenie. Całe szczęście, aż takie radykalne sytuacje mi się nie zdarzyły.

jedzenie w chinach

Jedyne smażone pierożki na jakie trafiłam, w Nankinie. Fot. Agata Grądecka

Ciężko jest opisać jak wyglądają takie małe lokalne knajpki. Niestety, nie zrobiłam wtedy ani jednego zdjęcia z wnętrza… więc nawet nie mam co Wam pokazać. Przy następnej okazji na pewno to nadrobię. Jedno jest pewne, jeśli w środku widać tłumy, szczególnie osobników o charakterystycznie skośnych oczach, warto zaryzykować i wstąpić do takiego miejsca. Fakt, może się okazać, że menu będzie tylko w chińskich znakach. Można jednak nauczyć się rozpoznawać przynajmniej kilka z nich żeby niespodzianka była mniejsza, jak chociażby rodzaje mięs (, rou). I już będziecie mogli zdecydować czy wolicie świnkę (猪肉, zhurou) czy krówkę (牛肉, niurou).

Kuchnia jest bardzo ważnym elementem kraju. A w Chinach szczególnie. Jest jedną z jego cech charakterystycznych, narodowym wyznacznikiem, dumą i czymś co ich wyróżnia na całym świecie. Dlatego pałeczki w dłoń i do dzieła! Jeśli ktoś będzie miał ochotę na wspólne próbowanie chińskich smaków w Warszawie, dajcie znać. Możemy się wybrać wspólnie.

O mnie

jedzenie w chinach

fot. Agata Grądecka

Agata Grądecka – podróżystka (coś pomiędzy podróżniczką i turystką), bo jeździ i po to by świat poznawać i po to by się dobrze bawić. I zamierza pomóc w tym jak największej grupie osób. Dlatego założyła Gildię Wędrowców, miejsce dla tych, którzy chcą podróżować na własną rękę. www.gildiawedrowcow.pl

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

  • Bardzo lubię czytać wpisy kulinarne, a te z Azji już szczególnie. Na pierożki naszła mnie ochota, tak przekonująco zostały opisane. Co do owoców morza – lubię, ale wybiórczo, małe oczka w małych ośmiorniczkach mnie przerażają… Dotychczas niestety nie mam dobrych wrażeń smakowych z restauracji chińskich, również w Warszawie, cóż może pech?

    • To cieszę się że trafiłam w gust! 🙂 Mnie w owocach morza najbardziej przerażają te macki…
      Nie wszystko w restauracjach jest zjadliwe niestety… ja mam kilka ulubionych dań, które zazwyczaj biorę + ew. jakaś jedna nowość, która nawet jak okaże się niezbyt smaczna, nie zepsuje wrażenia całości 😉

  • Anna mnie uprzedziła, chyba myślimy bardzo podobnie – wpisy kulinarne to jest to! Też uwielbiam pierożki w każdej postaci i każdej ilości…

  • Dzięki Agacie pojawił się tutaj nareszcie sensowny post dotyczący chińskiego jedzenia. Bo mnie moje twarde postanowienie niejedzenia mięs nie pozwalało rozkoszować się w pełni mięsną kuchnią chińską. Dzięki Agata!

  • Poczytałam i zrobiłam się….głodna 🙂 tak opisałaś, ze niemal czułam smak i zapach. Ciekawa jestem czy zasmakowałby mi ten czosnek, bo ja bardzo lubię takie smaki 🙂

    • Też jestem ciekawa… może w końcu pojawi się w Polsce to łatwiej będzie można tę ciekawość zaspokoić 😉 Z doświadczenia wiem, że trzeba się do niego nieco przekonać… mi na początku nie smakował, ale jakoś tak raptem zaczął! I znowu jestem głodna 😉

      • mam kilka smaków, które na początku nie przemawiały do mnie, ale jestem otwarta na nowe 🙂 jak znajdziesz ten czosnek gdzieś, to daj znać 🙂

  • Egzotyczne jedzenie ma to do siebie, że czytanie o tych smakach nic nie daje, bo i tak nie da się tego sobie wyobrazić bez spróbowania. To jak opowiadanie komuś o muzyce, której nie słyszał 🙂 Ale i tak lubię czytać takie wpisy i wyobrażać sobie, że też tam jestem i to jem. Chyba złożę wizytę w jakiejś chińskiej restauracji, choć wokół jest raczej pełno wietnamskich barów z gonbao:]

    • Gongbao w wietnamskim barze to już coś 😉
      Jeśli jednak masz gdzieś w okolicy prawdziwie chińską restaurację, to zachęcam do spróbowania. Warto 🙂

  • Mniam! Chętnie spróbowałabym tradycyjnych chińskich potraw (tych bezmięsnych jak Krasnoludkowa). Tylko te karaluchy na ścianach… fuj! 😉
    Bardzo ciekawe to co piszesz o pierożkach – w Polsce to rzeczywiście hicior. Udało mi się nawet w warunkach domowych odtworzyć pierożki na parze ze szpinakiem i tofu i wrzucić przepis na bloga.

    • Wrzuć link do tych pierożków <|:^*

      Z tymi bezmięsnymi potrawami w Chinach to Cię rozczaruję, dla nich mięso to coś, co po prostu m u s i znaleźć się w daniu, choćby w ilości mikro. I najczęściej dania "wegetariańskie" w Chinach to takie, w których mięsa nie widać, co nie znaczy, że nie były razem gotowane. Wyjątki się zdarzają, ale trzeba się naszukać.

    • Po pewnym czasie przestajesz te karaluchy zauważać 😉 ot, taki lokalny koloryt 😛

  • Nie ma to jak przeczytać wpis kulinarny o północy, przed pójściem spać… Bardzo ciekawy tekst, lubię eksperymentować ze smakami i na wiele chińskich potraw z przyjemnością bym się skusiła.

    • Monika wyobraź sobie jaka byłam głodna jak skończyłam go pisać… 😉 Cieszę się, że Ci się spodobał!

  • Lubie czytać o kuchni innych krajów. Bardzo ciekawy post.

  • Lubię czytać o kuchni z różnych krajów i regionów – uważam, że kuchnia jest tym, od czego powinniśmy zaczynać poznawanie danego miejsca 😉 Jestem zdania, że smakując dania, obserwując kulturę ich spożywania jesteśmy w stanie dużo lepiej zrozumieć mieszkańców i ich tradycje niż tylko zwiedzając zabytki, dlatego też zawsze staram się próbować czegoś lokalnego, nawet jak wiem, że to nie będzie moja bajka 🙂 Dlatego przybijam wirtualną piątkę za jedzenie w miejscach, w których stołują się „lokalesi” – pomimo karaluchów 😉

    • Masz świetne podejście do tematu! <|:^)

  • Lubię relacje z podróży, a te od kulinarnej strony jeszcze bardziej 🙂

  • Uwielbiam taką kuchnię, chociaż faktycznie trzeba uważać gdzie się je bo można się nieźle załatwić.

    • To jednak chyba mit, przynajmniej w większości przypadków. Ani ja, ani nikt z moich znajomych nie zatruł się niczym w Chinach i to nie odmawiając sobie ulicznego jedzenia. Tym bardziej myślę nie ma się czego obawiać w Polsce, gdzie Sanepid pilnuje <|:^)

    • Jeśli jesz tam gdzie je dużo ludzi (jak bardzo obskurnie by to nie wyglądało) to nie ma niebezpieczeństwa 🙂 Mają tam taki „przerób”, że wszystko na pewno będzie świeże. A miejsca wyglądające na czyste i piękne, ale świecące pustkami takiej gwarancji jednak nie dają… W Azji szczególnie 😉

Close