Wiedźma Wie

Do czego potrzebna jest pokora? Wpis z Hellingerem, Jezusem i dziećmi w tle.

pokora

pokora

pokora

Pokora. Temat, który nie dawał mi spokoju ciągle do mnie wracając przez kilka ostatnich miesięcy. Pewnie to taka przypadłość praktyków ustawień systemowych podczas których bardzo często wraca ten temat. Męczył i mnie, bo w pewnym momencie ciągle słysząc o potrzebie pokory w ludzkim życiu i czując już wyraźnie własną potrzebę pokory, zatrzymał mnie poważny dylemat. Czym naprawdę jest pokora i czym jest dla mnie?

Pokora nie ma dobrego pijaru, kojarzy się dokładnie z tym, od czego chcemy odejść, z promowanym przez Kościół umniejszaniem siebie i negowaniem swoich osiągnięć. Zreztą może niepotrzebnie oskarżam tu Kościół, w ten sposób myślało się i wychowywało dzieci, szczególnie dziewczynki, kilka dekad temu każąc im stać w koncie tak długo aż zostaną znalezione.

Tymczasem mnie nie chodziło o to, czegoś innego szukałam. I już znalazłam. Po miesiącach myślenia i wewnętrznych buntów znalazłam własną pokorę w małym, luterańskim kościółku nad brzegiem jeziora Svinavatin na Islandii.

Pozwólcie, że dam dziś upust potrzebie opowiedzenia Wam intymnej historii o jeszcze jednej lekcji udzielonej mi przez dzieci i Jezusie Zmartwychwstałym.

Porzeba, żeby iść… (Hellinger)

W zeszłym tygodniu naszła mnie ogromna, niepohamowana ochota na wędrówkę przy czym okoliczności nie specjalnie temu pomysłowi sprzyjały. A myślę tutaj o mojej jedynej parze rozklejających się sportowych butów. To nie jest obuwie, w którym mądrze byłoby pójść w islandzkie góry. Wymyśliłam sobie więc pomysł zastępczy, okrążenie pobliskiego jeziora Svinavatn. Dzień był pogodny, a widoki zapowiadały się obiecująco. Miałam do przebycia trzydzieści kilka kilometrów.

Po półtorej godziny marszu postanowiłam po raz pierwszy wyciągnąć swój aparat, półtorakilową listrzankę, o której porzadnym naładowaniu pamiętałam poprzedniego dnia. Zdejmuję więc pokrywę obiektywu, włączam sprzęt i już wiem, że jedyne co mi z niego przyjdzie to większy ciężar na plecach – nie włożyłam karty pamięci, więc aparat jest bezużyteczny. No, ale idę dalej.

Po sześciu godzinach zaczęłam się poważnie zastanawiać po co mi to było? Nogi bolą, stopy bolą, skórę smaga ostry wiatr, a w oczy równie mocno świeci słońce. Nie poruszałam się przy tym z punktu A do punktu B, co mogłoby taką wędrówkę usprawiedliwić. Nie, ja idę bardzo okrążną drogą z punktu A do punktu A. i trudno mówić o spacerze, kiedy ciało już cierpi, a drogi raz w górę raz w dół zostało jeszcze kikanaście kilometrów. Ostatecznie okazało się, że obejście jeziora zajęło mi dokładnie 10 godzin wliczając krótkie przerwy.

No więc pytam siebie, na głos nawet, bo wokół mnie tylko przyroda, po co mi to było? Dlaczego czułam tak ogromną chęć, żeby wyjść z domu i iść i iść? Miałam wolne od pracy i mogłam przecież robić tyle fajnych rzeczy, pić kawę siedząc na drzewie, medytować na łące, iść popływać w rzece, a nawet zjeść paczkę ciastek oglądając film akcji na laptopie. Tymczasem ja szłam i szłam, bo iść musiałam. I ta uporczywa myśl, że się właściwie nie przemieszczam, a tylko wracam skąd wyszłam nie dawała mi spokoju. I w pewnej chwili przyszła taka myśl, że całe życie tak wygląda, że gdzieś się ciągle krąży wokół centrum tego, gdzie się być powinno. Ustawienia systemowe przekonywały mnie, że jest jeden idealny sposób na życie, on, ona, dzieci i mieszkanie całe życie w jednej miejscowości. Niczym w Reymontowskich „Chłopach”. Jak pogodzić myśl, że to jest najwłaściwsze z miłością do pędu życia? Z rozwodami, które przynoszą dobro. Z homoseksualizmem, który jest spełniony. Wreszcie z własną potrzebą podróży i krążenia po świecie, kiedy nie mam już przed czym uciekać. W tym spacerze między jednym, a drugim krokiem dotarło do mnie z mocą, w doskonałości nie ma ruchu, nie ma rozwoju, a co za tym idzie nie ma doświadczania. Nie ma doświadczania nie ma życia. Uniwersalna doskonałość zabija, jest przeciwieństwem życia. Wyruszyłam, żeby być w ruchu, doświadczyć, poznać nowe krajobrazy – żeby żyć.

To dla mnie metafora sensu życia właśnie, czerpiąc z niego radość. Doświadczanie miejsc, stanów, emocji, relacji. Nawet robiąc coś, co uderza w system rodzinny, równocześnie dajemy mu nowe zadanie, historię i motor napędowy do trwania.

I w tym miejscu, z tymi myślami zrobiło mi się lepiej, właściwiej, sensowniej… w życiu w ogóle.

pokora

Pokora w przeciwnościach

Pod koniec wędrówki odebrałam jeszcze jedną lekcję, – zgody na ograniczenia własnego ciała. Ogromnie dużo w tym temacie uczą głodówki, ale też medytacja w ruchu, kiedy pozwalamy naszemu ciału przejąc ster, a my tylko obserwujemy ruchy, jakie ono wykonuje. Ta lekcja była podobna, tylko, że tutaj ciało samo przejęło kontrolę blokując umysł. Chodzi o tempo. Doświadczałam tego już kilkukrotnie w górach, teraz spotkało mnie na ostatnich kilometrach gruntowej drogi – widzę, że się wlekę, ale nie mogę przyśpieszyć, nie mogę też zwolnić, a jedynie przystanąć na moment. Zupełnie jakby moje ciało samo obliczyło najbardziej ekonomiczną, korzystną prędkość, aby spokojnie dotrzeć do domu. A czym byłam bliżej tak bardzo mój umysł przyśpieszyć, gnało mnie do jedzenia, prysznica i wygodnego łóżka. Ale za nic, no za nic nie mogłam iść innym tempem. Ciało nie współpracowało. Szłam więc i śmiałam się w głos, bo to zaiste absurdalne uczucie.

Pokora to przyjmowanie tego, co się wydarza i ufanie, że ma to jakiś głębszy sens nawet jeśli teraz go nie widzimy: Myślę, że zapomniałam tej karty pamięci dzięki wyższej świadomości. Mając aparat pewnie poświęciłabym się do reszty robieniu zdjęć, polując z obiektywem na ptaki i łapiąc najlepsze ujęcia mijanych kwiatków i profile owiec. A tak zostałam tylko ja, monotonia krajobrazu i konieczność zmierzenia się z własnymi myślami.

Pokora to przyjęcie i zgoda na miejsce, czas i okoliczności w życiu, w których się znajdujemy. Nawet jeśli czasowo nie są one dla nas właściwe. Bo prawda jest taka, że nie zawsze jesteśmy na własnym miejscu i doświadczamy właściwych – korzystnych dla nas rzeczy. Chociaż, patrz wyżej, zawsze po coś.

pokora

Pokora w wiedzy (Jezus Zmartwychwstały)

Trzy dni później ruszyłam tą samą drogą. W odległości 2 godzin marszu mijałam malowniczy kościółek nad brzegiem jeziora, u zbocza gór. Tam chciałam jednak wrócić z aparatem. Tym razem wiedziałam już, że czasu mam sporo, zapakowałam kocyk, słodycze, książkę i tym razem w pełni sprawny aparat. Poszłam, porobiłam zdjęć, kiedy doszłam do rzeki już za kościółkiem położyłam się na trawie i medytowałam ponad 2 godziny. Zachwycona światem, przyrodą, nakarmiona czekoladą wracałam już, kiedy coś kazało mi jeszcze raz podejść do kościółka i sprawdzić, czy da się wejść do środka. Dało się, drzwi były otwarte. Weszłam więc, usiadłam w ławce i momentalnie zaczęłam monolog, o potrzebie równowagi, sensu, balansu, POKORY. Równowagi pomiędzy pomiędzy tym co wiem, a czego nie wiem, czego uczę innych i czego potrzebuję nauczyć siebie, o odpowiedz na pytanie czym są i jakie są moje ograniczenia i jak się one mają do moich osiągnięć.

Kiedy skończyłam mówić spojrzałam na ołtarz. W centralnym miejscu wisiał obraz Jezusa Zmartwychwstałego. Widok od jaskini, stoi anioł, dalej lamentują kobiety i opłakują pusty grób. Kawałek w oddali, za tą sceną stoi zmartwychwstały Jezus, zupełnie niezauważony. Uderzyła mnie siła przekazu tego obrazu.

Patrząc na niego poczułam, że mogę do woli wymądrzać się na swoim blogu i wymądrzać się przed klientkami, które przychodzą do mnie po tarota. To nic, że nie umiem masy rzeczy, to nic, że jeśli mnie zabiją, to nie zmartwychwstanę. Jako ludzie cały czas jesteśmy trochę jak te lamentujące kobiety. Bo choć z punktu zewnętrznego obserwatora one płaczą zupełnie bez sensu, to jednak one nie mogą tego wiedzieć. Dowiedzą się niebawem, ale w tamtej chwili o zmartwychwstaniu nie wiedziały. W każdej chwili nie można być świadomym zupełnie wszystkiego, nie można wszystkiego wiedzieć. A już szczególnie, kiedy przyjmiemy, że różna wiedza jest właściwa na różnych poziomach rozwoju.

To poniekąd zabawne, że wychodząc od odrzucenia chrześcijańskiej definicji pokory odnalazłam własną dzięki niemal mistycznemu spotkaniu z Jezusem. Tyle się mówi o ateistycznej duchowości, kontakcie z naturą i swoim wewnętrznym ja, które zastępuje, a nawet ma być lepsze od tradycyjnej religijności. I oto ja, która tego właśnie uczę musiałam wejść do kościoła, żeby odebrać ważną w życiu lekcję.

A kiedy wróciłam dzieci pochwaliły mi się jak liczą do 10ciu. Ciągle jeszcze pamiętam własną dumę, kiedy sama opanowałam tą sztukę. A przecież co to jest? Liczyć do 10 to tyle co nic, szczególnie jeśli wie się, że istnieje jakaś wyższa matematyka, a wcześniej procenty, ułamki i liczby ujemne. Ale czy to znaczy, że nie można być dumnym z umiejętności liczenia? Nie można, trzeba. Bo nasza wiedza, osobista wewnętrzna wiedza o świecie i życiu kończy się dokładnie tam gdzie kończą się nasze umiejętności i doświadczenie. Ta świadomość to pokora.

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

  • Wow, powiem Ci, jeden z lepszych tekstów, które ostatnio czytałam. A w dodatku nie przypadkiem akurat teraz na niego trafiłam. Jakbym miała na głowie czapkę to by mi właśnie spadła. Dziwnymi ścieżkami kosmos prowadzi i czasem zupełnie innymi niż się wymyśliło że będzie najlepiej:) jestem pełna podziwu dla tych ścieżek i całej naszej drogi w górę i w dół, nawet, jeśli ostatecznie i tak wracamy skąd przyszliśmy.

    • Niby wracamy, ale też nie. Upływ czasu zawsze sprawia, że nawet jeśli pchamy się drugi raz do tej samej rzeki, to woda jest już w niej całkiem nowa :*

      Jezus zaskoczył i mnie.

  • Pingback: Czy jesteś prawdziwą kobietą? + Krótki test. - Wiedźma Wie()

Close