Wiedźma Wie

Tarot: Gadanie z kartami. Na kryzys i inne takie.

Dziś po południu nastąpi nów w Baranie, księżycowa wiosna i ostateczny początek roku. Być może tak jak i ja uśmiechacie się na to lekko pod nosem, bo przecież te Wielkie początki i końce w ogóle nie dają nam odpocząć od swojej obecności. Ja mam teraz w życiu napięty czas, wiele rzeczy wyszło mi nie tylko nie tak jak chciałam, a często wręcz całkiem odwrotnie. To zupełnie jak na drugim sprawdzianie z fizyki w piątej klasie podstawówki. Z pierwszego sprawdzianu miałam piątkę i z drugiego też chciałam mieć piątkę i nauczyłam się na niego jakby zależało od tego moje życie. Bardzo to wszystko opierało się na ambicjach, bo jak to matematycznemu trójkowiczowi, piątki z fizyki stanowiły moją dumę. Znaczy piątki z zadań, kartkówek i tego pierwszego sprawdzianu. Bo z drugiego dostałam piękne, bolesne dwa. No to zaparłam się, rozwiązałam jeszcze milion zadań z poczuciem, że wiem co robię i że to umiem. I poprawiłam tą dwóję na jedynkę. Tak, naprawdę. A potem jeszcze dwa razy, bo nauczycielka pozwalała powtarzać do trzech razy. A potem te jedynki liczyły mi się do oceny końcowej, bo fizyczka nie uznawała czegoś takiego jak ważność poprawy tylko przy uzyskaniu lepszej oceny. A potem już nigdy nie miałam żadnej piątki z fizyki.

A jeszcze potem powtórzyłam tą „zabawę” przy półrocznym kolokwium z logiki, dwa lata temu na licencjacie z filozofii. Skończyło się tak, że rzuciłam tę całą filozofię w diabły.

Oczywiście nie opowiadam Wam tego bez powodu, tylko, żeby zilustrować, że czasami wpadamy w takie życiowe impasy, kiedy już wcale w siebie nie wierzymy i sobie nie ufamy, bo dajemy z siebie milion pińćset procent, a im więcej się staramy tym gorzej to wychodzi. Bo nie uwierzę, że tylko moje życie czasami tak wygląda. (A nawet jeśli tak jest to proszę mi tego nie mówić <|:^))

Wielu, kiedy zaczyna swoją przygodę z duchowością, ezoteryką i szeroko pojętym „innym wymiarem” robi to w ufając, że kiedy już wejdzie na tą ścieżkę to jego życie nabierze lekkości i szczęśliwości. Rzecz w tym, że często jest Zonk i wcale nie prawda, bo dopiero wtedy wszystko zaczyna nam się sypać. To też ma głębszy sens i rację bytu, ale nie o tym chcę dziś Wam napisać, a o sposobie radzenia sobie z kryzysowymi chwilami czarnej rozpaczy.

Tarot pierwszej pomocy

Tłukłam Wam do tej pory, że Tarot wymaga skupienia, zdecydowania i świadomości potrzeb. Ale co w momencie, kiedy mamy w głowie milion myśli, a jedna jest czarniejsza od drugiej i nawet nie wiemy od czego zacząć porządki z tym wszystkim? Albo kiedy mamy w sobie milion pytań zamiast jednego? Kiedy nie wiemy nic i to na żaden temat? W chwilach kiedy wyżarliśmy już wszystkie cukry proste z zawartości szafek, a i tak jest źle? Pobliski sklep nie nadąża z zamawianiem czekolady, a my w dodatku potrzebujemy większych ciuchów?

W takich momentach nie ma to jak przyjaciel od serca i butelka czegoś wysokoprocentowego. Lub kilka butelek mniej procentowego. Idiotyczne problemy, (a jak na złość to właśnie one potrafią nas najbardziej boleć) mają skłonność do magicznego znikania zaraz po wypowiedzeniu. Czasami jednak nie mamy pod ręką przyjaciela skłonnego wysłuchać naszych nieskładnych żali. Lub jest tak źle, że nie mamy się nawet ochoty z nim widzieć.

Albo musimy to po prostu załatwić sami.

I wtedy z pomocą przychodzi Tarot. Od kilku miesięcy nie sięgam po karty w poszukiwaniu rozwiązań konkretnych problemów, ale coraz częściej po prostu z nimi gadam. Gadanie z Tarotem, to oczywiście nic innego jak gadanie z samym sobą, ale tekturki z obrazkami potrafią niezwykle to ułatwić. Czym więc jest gadanie z Tarotem? Otóż spontaniczną „rozmową” z kartami, rozkładaniem kart bez przewodniego pytania. Do zalet takiego stawiania należy możliwość uporządkowania swoich myśli, uczyć i emocji, znalezienie drogowskazów i dostrzeżenie większego sensu w tym, co nas spotyka. Do wad zaś zalicza się wszystko inne, bo odpowiedzi jakie w ten sposób dostajemy są takie same jak nasze pytania, pełne emocji, niezdecydowane, powierzchowne lub płytkie, a już na pewno niepewne i nie dające wyraźnego obrazu. (No, zupełnie jak rozmowa przy winie (<|:^)). I najważniejsze, nikt w ten sposób nie postawi kart dla nas, możemy to zrobić tylko sami.

Tarot nie przestaje uczyć, jeszcze kiedy zaczynałam pisać ten tarotowy cykl z przekonaniem bym stwierdziła, że tak się nie da stawiać kart, tak żeby to miało sens i przynosiło dobre skutki. A jednak można, można sobie z kartami zwyczajnie pogadać jak z drugim człowiekiem. Można wracać do pytań zadanych dużo wcześniej, żonglować tematami, powtarzać się, zadawać pytania w stylu „a może jednak?”, czy „na pewno?” <|:^) A karty czasami odpowiadają „pfff” i takie inne. Polega to na wczuciu się, wewnętrznej szczerości i podążaniu za skojarzeniami, bo w odróżnieniu od klasycznego stawiania kart nie liczy się głęboka analiza, ale pierwsze skojarzenia i emocje, które się w nas budzą, kiedy odkrywamy kartę.

To na co wszyscy czekali

Czyli wyjaśnienie jak. A no bardzo prosto. Warto mieć w pokoju porządek, ciszę, spokój i zapaloną świeczkę. Trzeba zdecydowanie wypowiedzieć, co chce się zrobić. Kilka słów modlitwy do Wyższego Bytu by nas prowadził lub antropomorfizując, do kart. Powiedz, że potrzebujesz pomocy, rad i wskazówek by uporządkować wewnętrzny bałagan lub natchnąć się inspiracją. Trzeba karty porządnie potasować, przełożyć i zebrać w kupkę. I zacząć, zadawać pytania, które palą wewnątrz i wyciągać tyle kart, ile czujemy, jedną, dwie, trzy, a nawet dziesięć. Ja zazwyczaj ciągnę karty z góry, ale czasami pociągnę z dołu po prostu podążając za instynktem. Nie analizuj zbytnio, odpowiedź jest właśnie taka jaką odczujesz pierwszy raz patrząc na karty. Jeśli nie rozumiesz odpowiedzi to dociągnij karty lub powtórz pytanie. Tutaj można. Pytaj i magluj jeden temat do upadłego i do znudzenia z każdej strony. Pytaj o wszystko co Ci przyjdzie do głowy, nawet jeśli oznacza to zapytanie o kurs dolara w przerwie serii pytań o to dlaczego on nie kocha. Pytaj i odczuwaj tak długo aż są w Tobie pytania lub dopóki nie braknie Ci kart.

Warto się z tym wszystkim potem przespać, zastanowić i za dzień lub dwa postawić sobie karty już na spokojnie, dogłębnie i szczegółowo.

Przetestujcie i dajcie mi znać, czy taki sposób pracy z Tarotem Wam odpowiada i się u Was sprawdza.

Ach! I Ciocia Krasnal radzi, żeby Tarot traktować jak najlepszego przyjaciela, ale z nim to jednak bez wina.

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

  • Kiedyś próbowałam stawiać karty, nawet co nieco wyczytałam z nich przyjaciółkom (ha ha, pewnie wyczytałam to bardziej z nich samych niż z kart, ale do dziś pozostajemy pod wrażeniem tego, co się ‚sprawdziło’;-)), ale po pewnym czasie nie czułam już potrzeby, zeby zaglądać w karty. Wciąż jednak czuję, że one mają moc, choć dla niektórych to jak czytanie przyszłości z kształtu chmur;-)

    Wciągający blog. Inny niż wszystkie.

    • Dziękuję za miłe słowa. Rozgość się <|:^)

  • Często robię sobie takie sesje sam na sam ze swoimi myślami…nie mam kart, ale mam silną potrzebę by czasami ze sobą pogadać. Nie jesteś sama, ja również wpadam w życiowe impasy, to jest przecież życie – nie bajka;)

    • Psujesz mi afirmację. Że życie to bajka właśnie, wspaniale byłoby w coś takiego wierzyć.

  • Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy, ale… Ostatnio czuję aż za silnie, to o czym piszesz. Nie mam kart, chociaż nie wiem, czy miałabym odwagę po nie sięgnąć. Z drugiej strony, zastanawiam się, czy byłby mi one potrzebne, gdybym umiała sobie zadawać pytania. Nie potrafię rozmawiać sama ze sobą, a co dopiero z kimś innym.

    • Stanowczo karty nie są potrzebne, ja lubię z nich korzystać, bo myślę i czuję niejako obrazem. Ponadto obrazki na kartach to taka „materialna podkładka”, że nie mam urojeń i jest właśnie tak. Mnie pomaga to w chwilach zwątpienia w siebie i zachwianego zaufania do samej siebie.
      Przy gadaniu z kartami nie trzeba umieć zadawać pytań, to takie bardziej sondowanie, sprawdzanie, zadawanie pytań głupich i niepoważnych, co pomaga znaleźć właśnie te pytania, na które odpowiedzi potrzebujemy, sformować je.

      Więc może jednak Tarot? Nie bój się kart, one naprawdę same z siebie krzywdy nikomu nie zrobią.

  • Nie wykorzystuję kart do rozmowy samej z sobą, wystarczy mi właśnie taka chwila spokoju i wewnętrznego zatrzymania, ale tego też trzeba się nauczyć, parktyka czyni mistrza. 😉

    • Ja z kolei wychodzę z założenia, że Tarot jako taki to narzędzie głównie do rozmowy z nami samymi. ale prawdą jest, że wcale nie jest on potrzebny. Odnalezienie spokoju i wewnętrznego zatrzymania właśnie, medytacja może w wielu przypadkach dać jeszcze więcej. To co jest lepsze zależy od momentu w naszym życiu, problemu, z którym się mierzymy i chyba przede wszystkim od naszych upodobań.
      A sposób, który opisałam ma pomóc w chwilach, jeśli sami nie potrafimy znaleźć tego spokoju w sobie, uporządkować się <|:^*

  • Nie odważyłabym się sięgnąć po Tarota…

    • Ale dlaczego? Masz jakąś konkretną obawę? Tarot to tylko narzędzie.

  • Adrianna

    Kiedyś, jako nastolatka, stawiałam sobie od czasu do czasu Tarota. Z początku dla zabawy, dla sprawdzenia jak to w ogóle działa i było to nawet interesujące. Jeszcze mam schowane gdzieś w swoich skarbach karty Tarota (takie już moje chomikowanie ;), w sumie mogłabym znowu spróbować. Tym bardziej, że ostatnio nie wszystko idzie po mojej myśli, a tak będę mieć dobrą okazję, żeby zastanowić się i znaleźć jakieś rozwiązanie na obecne problemy. 🙂

    • Co Ci szkodzi spróbować?
      Tylko doradzałabym najpierw oczyścić karty, których nie używałaś od czasów nastoletnich, bo może się okazać, że przechowują one jakieś negatywne programy z czasów dojrzewania.

  • Czasami zdarza mi się sięgać po tarota, jednak traktuję to z przymrużeniem oka.
    Chociaż zdarza się, że odpowiedzi są zaskakująco prawdziwe.

    • To ja Ci podpowiem, że czym poważniej się do tego podchodzi, tym więcej prawdy widać <|:^)

      • Nie wykluczam takiej opcji. Po prostu trzeba chyba dużo czasu poświęcić, aby zapoznać się z tarotem tak na poważnie.
        Zapytam tak z ciekawości, czy internetowy tarot działa podobnie? czy jest to pic na wodę?

        • Czas to prawda, trzeba go poświecić na naukę sporo, ale ja uważam, ze zdecydowanie warto.
          Zaś o Tarocie z netu można by się trochę rozpisać, ale generalnie pic na wodę.

          • Dziękuję serdecznie za odpowiedź 🙂

  • Nie używam kart, ale pierwsze, co mi przyszło do głowy, gdy pomyślałam o „zastępstwie” to lustro:) Też sobie można pogadać (i pogapić się na siebie w samozachwycie). W sumie, to chyba cokolwiek. Grunt, żeby nawiązać ze sobą kontakt, który mam wrażenie jest coraz trudniejszy do osiągnięcia ze względu na te wszystkie „rozpraszacze”, które nas otaczają.

    • Z lustrem się nie zgodzę, znaczy nie zgodzę się, że może pomóc nawiązać kontakt z podświadomością. Bo, że w ogóle ze sobą to tak, tylko raczej z ciałem.

      • O. A dlaczego? Mogłabyś rozwinąć?
        I co byś proponowała w zamian?

        • Z tego samego powodu, dla którego wpatrywanie się w plakat idola nie sprawia, że stajecie się najlepszymi przyjaciółmi.
          W zamian proponuję właśnie Tarot. Medytację. Mapy myśli.

          • Hmm. Idol to idol, nie ja. Nie rozumiem twojego punktu widzenia, ale szanuję. Tarot źle mi się kojarzy. Ale medytacja czy mapy myśli, czemu nie!

          • Dla mnie wizerunek to wizerunek, nie ważne, czy mój, czy czyjś. Zakładając, że patrząc na siebie poznaję swoją podświadomość, to dochodzimy też do wniosku, że zmieniając wygląd, np. farbując włosy i robiąc plastykę nosa zmieniam też swoją osobowość. Nie mogę się zgodzić na takie założenie. Jasne, że to jak wyglądamy stanowi odbicie naszego wnętrza, ale nie aż w takim stopniu.

            I proszę, nie zapewniaj mnie o szacunku. Wiem, że teraz jest na to moda, ale budzi ona mój wewnętrzny sprzeciw.

          • To nie jest kwestia mody tylko wychowania w moim przypadku. Mam swoje zdanie, ty masz swoje i okej.

      • A patrzenie sobie samemu w oczy? one się nie zmieniają. I są zwierciadłem duszy podobno.

        • Zmieniają się i to bardzo.
          Probowałaś czegoś takiego? Warto byłoby posłuchać głosu kogoś, kto z powodzeniem stosował praktyki z lustrem.

          • Lubię czasem powiedzieć sobie do lustra coś miłego i zobaczyć w nim siebie (tak poza wyglądem), to wszystko, czego próbowałam. Ja się staram nie dopatrywać we wszystkim drugiego dna 🙂 Widzę siebie, więc dla mnie to ja, nieważne jak akurat wyglądam.

          • No tak <|:^) Mówienie sobie miłych rzeczy do lustra jest fajne, ja też długo tak robiłam do swojego zdjęcia z dzieciństwa. Tu jednak długo z Iri dyskutowałyśmy nad czymś odwrotnym, czyli na czerpaniu informacji z podświadomości poprzez patrzenie na siebie.

          • Ja tylko o tym, że skoro w lustrze widzę umownie siebie (no bo wiadomo, że lustro to tak naprawdę powierzchnia pomalowana srebrną farbą, a nie ja), to moim zdaniem gadając do tego wizerunku nawiązuję kontakt ze sobą. Chociaż nie muszę na siebie patrzeć, żeby pogadać ze sobą. To tylko taki symbol.

          • To ja się z Tobą w zupełności zgadzam. Tyle, ze gatunek ludzki lubi te różne rekwizyty. Freud o tym sporo pisał <|:^*

  • Z tą fizyką to mnie zabiłaś! 😀 Ale powiem Ci- ie, nie jesteś jedyna z takimi fuckupami 🙂
    Co do metod na doła” polecam bieganie! (aż sama nie wierzę że tak uważam 😛 ) Serio, to oczyszcza i pozwala uporządkować myśli! 🙂

  • Jeśli działa, znaczy nie jest głupie. Ja na kryzys preferuję jednak wino, choć to takie mało rozwojowe. Ale przede wszystkim taki kryzys to nic złego. Musi czasem być. Musi czegoś nauczyć. Minie 🙂 Niezależnie od tego co powie przyjaciel, karty albo ja z lustra.

    • Eee, wino też jest rozwojowe. No, pod warunkiem, że nie jest przedawkowywane.
      A kryzys faktycznie zawsze mija. Tylko jego powód już niekoniecznie.

  • Świetny post. 🙂 Chętnie będę tu częściej zaglądać.

    • Super, bardzo się cieszę <|:^*

Close