Wiedźma Wie

ChinaTrip cz.3 – Kangding 康定

kangding

Część 1 – Jadę!

Część 2 – Bamei. Spotkanie z Tybetem.

Część 3 – Właśnie czytasz <|;^)

Część 4 – Ja w Tybecie, podsumowanie

Część 5 – Chengdu i Leshan

 

Wyjazd z Bamei do Kanding dwukrotnie przekładałam i ostatecznie wyjechałam dopiero w piątek 23 stycznia i to tylko dlatego, że gonił mnie termin rezerwacji noclegów w Chengdu, ustalony na poniedziałek 26 stycznia. Skoro więc chciałam zobaczyć i Kangding to piątek był ostatnim możliwym terminem opuszczenia Bamei. Naprawdę, naprawdę nie chciałam chciałam opuszczać swojego syczuańskiego Tybetu. I poniekąd musiałam aż uciec się do przekupienia samej siebie i wizualizacji… brania prysznica. I z tą że uroczą wizją gorącej wody spływającej po moich ramionach, (Och! Ach!) w piątek 23 stycznia o 8 rano dałam się Laobanowi wsadzić do auta jego znajomego prywatnego przewoźnika kursującego na trasie Bamei – Kangding. Jak już napomknęłam przy okazji opowieści o początkach początków tego mojego wyjazdu, okazało się że taki przejazd jest o całego juana tańszy niż skorzystanie z publicznych autobusów, które kursują lewie dwa razy dziennie.

kangding2

Piątek

Samochód zabrał mnie zaraz spod Domu Pielgrzyma, także nie musiałam się nigdzie tarabanić ze swoim ciężkim plecakiem. Chociaż trochę się naczekałam, bo zatrzymaliśmy się już w Kangding, gdzie kierowca poszedł „lapać” dla mnie towarzyszy podróży. Nałapał: dwie kobiety w średnim wieku i starszego mnicha. Warto tutaj nadmienić, jak minęła nam podróż, bo była to atrakcja! Siedzące zaraz obok mnie kobiety nieustannie wszystkich czymś częstowały, a to gumą do żucia, a to prażonym groszkiem, a to… a może jeszcze po cukierku? Starszy mnich wraz z odjazdem samochodu zaczął obracać paciorkami ogromnej mali i półgłosem szeptać mantry. Wcale mu to jednak nie przeszkadzało żartować z kierowcą w tych chwilach, kiedy ten drugi akurat nie rozmawiał przez telefon. A po drodze zgarnęliśmy jeszcze stopującego młodocianego mnicha. To duże auto było, więc zmieściliśmy się wszyscy na wygodnie i to razem z bagażami. Ot, jedna z kobiet przesiadła się całkiem na tył i tym sposobem nieletni w habicie usiadł obok mnie. Wiecie jak można spędzić dwugodzinną podróż samochodem, kiedy się jest nastolatkiem w habicie? No? Oczywiście, że przesiedzieć na WeChacie!

Od razu po wyjściu z samochodu uderzyło mnie jak bardzo Kangding w świetle dnia różni się od mocnego, obcego krajobrazu, który nieco mnie wystraszył przy mojej pierwszej bytności w tym miejscu. Kangding jest malutkie, maluteńkie. Przejście z jednego końca miasta (dworzec kolejowy) na drugi (salon Forda za bazą wojskową) to góra 40 minut marszu. Aż się człowiek dziwi, że mają tam komunikację miejską.

A teraz przestroga. Wybajdudowałam sobie, że absolutnie i niepodważalnie najlepszym hostelem tam jest tam Zhilam hostel. Podobno mają nawet ogrzewanie. Niestety, nie było mi dane tego sprawdzić, bo nie zrobiłam wcześniej rezerwacji i najzwyczajniej w świecie nie dostałam tam miejsca. Natomiast kiedy jeszcze o tym nie wiedziałam i byłam na etapie szukanie drogi jak tam dojść dostałam się w ręce dwóch młodych dziewczyn, z których jedna była licealistką, a druga okazała się być w moim wieku i zawzięcie mnie wypytywała ile mam dzieci, no bo ona na razie tylko jedną córkę, tak jakoś na razie więcej nie wychodzi… Była bardzo zaszokowana, jak się okazało, że ja to póki co dzieci nie mam wcale… Ja natomiast byłam zaszokowana słysząc, że one to chętnie ze mną poszukają, choć też nie bardzo wiedzą gdzie to hostel, bo są tutejsze. Nie dość, jak już znalazłyśmy, (raczej one znalazły) odpowiednią drogę, która prowadziła ostro pod górę to pomagały mi na zmianę nieść mój ciężki plecor. I jeszcze jedno „nie dość”, kiedy już się okazało, że nie ma wolnych miejsc to pomogły mi znaleźć inny hostel, bo jak się okazało ze względu na specyficzną rolę Kangding jako punktu przesiadkowego (gateway) między Tybetem, czy też terenami tybetańskimi, a Chinami, miasto obfituje w motele, hostele i hotele o najróżniejszym standardzie.

Ostatecznie wylądowałam w… Dengba Hostel. Po nazwie sądząc to dokładnie ten, którego kazał mi szukać Gege. Tyle, że on mówił o taksówce zupełnie jakby nie szło napisać, że jak wyjdę z dworca to mam skręcić w prawo, przejść przez most i wypatrywać ogromnego szyldu. (3 minuty zabawy w piechura. Słownie t r z y.) Cóż.

Dengba hostel to miejscówka nastawiona na goszczenie wielbicieli górskich wędrówek. Wszystkie pokoje są czteroosobowe, z metalowymi, piętrowymi łóżkami. A wszystkie ściany pomalowane są na wieprzowy odcień różu i w całości zapisane pamiątkami po minionych odwiedzających. Znakomita większość była oczywiście po chińsku i niewiele mogłam z tego zrozumieć, ale naprzeciwko łóżka które sobie wybrałam znalazłam też coś po angielsku.

DSC_0175-2

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz stamtąd skypowałam do domu to mama mnie zapytała, czy dzwonię z więzienia :^) Niemniej, (biorąc poprawkę na brak ogrzewania), Dengba hostel to bardzo fajne miejsce. Są przyzwoite łazienki z gorącą wodą. (Pierwszy prawdziwy prysznic po miesięcznej przerwie wcale nie okazał się spodziewanym metafizycznym przeżyciem… Ot, po prostu wzięłam prysznic.) Co ciekawe jest również pralka, z której wolno sobie korzystać. I z tą pralką jest anegdotka.

Historia zaczyna się w momencie, kiedy na widok pralki radość zagościła w sercu moim. I od razu pobiegłam się pytać, czy mogę z niej korzystać. Pan, któremu przerwałam oglądanie telewizji mówi, że tak, oczywiście. Na to ja radośnie pobiegłam z powrotem przynieść wszystkie swoje rzeczy i od razu wrzuciłam je do pralki. Zamykam, naciskam na guziczki i nic. Pacze, a ona nie podłączona po prądu. Więc idę przerwać panu jeszcze raz. Pan robi „hum, hum” i przestawia pralkę do łazienki, pod kontakt. Super, prawda? Otóż nie, bo pralka podłączona do prądu nadal pozostaje niepodłączona do wody. Przyznaję, chwilkę zajęło mi dojście do tyjże jakże odkrywczej prawdy. Więc poszłam do pana trzeci raz. Pan po raz drugi poszedł ze mną do tej pralki. Wręczył mi miskę i kazał tą że miską pralkę napełnić. Oczywiście, że byłam tak głupia, że zrobiłam jak powiedział. Szłam tropem mówiącym, że w końcu to jego pralka to się człek zna… Tylko wiecie, jak wlewałam tą wodę to ona równocześnie odpływem wyciekała… A że już tam był proszek i wszystkie ciuchy były mokre, to w efekcie prałam tą stertę wszystkiego ręcznie. Eh, eh… faceci. Eh, eh… moja głupota.kangding

Sobota

W sobotę rozpoczęłam o najlepszego śniadania na świecie. Mandarynek od pana z targu. Oj, tak wspaniałego targowiska to nigdy wcześniej w życiu nie widziałam i nie wiem, czy znów zobaczę.

DSC_0427-2 DSC_0428 DSC_0429 DSC_0430 DSC_0431 (2) Może to przez jego położenie między górską rzeką, a stromą górą z buddyjskim malowidłem? Sprzedawano (sprzedaje się, bo pewnie nawet beze mnie, on nadal działa) tam głównie jedzenie. Jehowo! Ja, takie wygłodzone po miesiącu w Bamei stworzonko, w tą sobotę głównie jadłam. Świeże truskawki, ledwie zerwane z drzewa mandarynki, prażona fasola z ostrymi przyprawami, zielony groszek, a nawet street-foodowe frytki, a nawet masło z jaka. Większość tych zakupów jest o tyle zabawna, że niezależnie od tego ile chciałam zawsze dawano mi po pół kolo wszystkiego. Pół kilo to podstawowa/ standardowa jednostka wagi, taki nasz kilogram. No więc miałam pół kilo zielonego groszku, już łuskanego i pół kilo domowych, ostrych czipsów. Jak bardzo pani tłumaczyłam, że mi to tak garstka wystarczy, bo ja to z ciekawości chcę, tak asertywności mi nie starczyło i wylądowałam z wielkim workiem. Impreza by to zjadła, ja męczyłam swoje jeszcze w Chengdu, aż w końcu resztę zostawiłam tam w wynajmowanym pokoju na stole. Może komuś zasmakowały i za mnie dokończył. Cenowo to ja nie miałam pojęcia, że warzywa i owoce mogą być aż tak tanie! Jedzenia było dużo, dużo więcej bo pod wieczór odkryłam syczuański street-food, czyli coś od czego trzymałam i trzymam się w Pekinie z daleka. Jedzenie gotowane na powietrzu. A tam gotowane! Smażone. Ale w Kangding inaczej, niemal same warzywa do wyboru, a że ziemniak ton też warzywo, to za 5 mao dostawało się szaszłyk najpyszniejszych frytek na świecie. Ach! No i kawa, prawdziwa, z małej kawiarenki specjalizującej się, jak to w Chinach, w smakowych mlecznych herbatach, ale w ofercie była również kawa. Tutaj anegdotka:

Ja (do pań z obsługi): Proszę kawę, tylko czarną, bez mleka i cukru.

Panie: Ale jak to bez mleka? Trochę może być? Cappuccino?

Ja: Nie, w ogóle bez mleka. Czarna.

Panie: To ile cukru?

Ja: Bez cukru.

Panie: To może chociaż jakiś syrop smakowy?

Ja: Nie, dziękuję.

Panie: Ale to będzie niedobre!

Rozmowa autentyk (choć pisane z pamięci, a oryginał został wykonany z użyciem mojego koślawego chińskiego). Chińskie podejście do picia kawy. Niemniej ostatecznie dostałam prawdziwą, najprawdziwszą, czarną kawę bez cukry i była pyszna.

Ok, tyle o jedzeniu. Bo tamtego dnia zdążyłam jeszcze trzy razy okrążyć miasto wokoło i odwiedzić dwie świątynie. Bo Kangding takie małe a świątyniami stoi. (Pomimo tego, że w Bamei przez cały miesiąc mieszkałam tuż przy jednej, to dopiero w Kangding nauczyłam się przyjmować prawidłową buddyjską postawę modlitewną i odpowiednio „żegnać się” po buddyjsku. (A w Chengdu nauczę się jeszcze jak odpalać ofiarne kadzidła, żeby sobie nie nadymić do oczu :^P)).

Kangding (7) Kangding (4)

A na „mini ryneczku” (deptak) wystawa zdjęć widoczków tybetańskich. Ciekawostka taka, że mnie zdjęcia nie specjalnie się nie spodobały. Są takie regionalne mody na zdjęcia, na przykład na polskich blogach niepodzielnie królują i to już od dłuższego czasu, fotografie w przytłumionych kolorach, nieśpieszne i eterycznie. Jak można zauważyć ja tam mam odwrotne sympatie i we wszystkich swoich zdjęciach namiętnie podkręcam kontrast. A w Chinach teraz moda ma dużo fotoszopa, tak żeby zdjęcie zaczynało już prawie przypominać grafikę. Więc ja bardziej niż na oglądaniu wystawy skupiłam się na… fotografowaniu ludzi ją oglądających. Tybetańczycy w tradycyjnych czapach, wstążkach, hustach i płaszczach robili sobie selfie z poszczególnymi fotkami wystawy, a nawet zdjęcia samych zdjęć. Widok był fascynujący, aż chwilami miałam ochotę zakrzyknąć, „Ludzie przecież wy tu mieszkacie!”.Kangding (2)DSC_0219 (2)-2

Co mnie jeszcze zaskoczyło w Kangding? Po pierwsze samo zderzenie Chin i Tybetu, bo te dwa kraje, dwie kultury są od siebie naprawdę, naprawdę różne. Nie wiedziałabym, że aż tak, gdybym nie odbyła tej podróży. Są więc te wszystkie chińskie jadłomiejsca mięsem krowim stojące. A przy tybetańskich świątyniach tabliczki, „Tu nie jemy mięsa”. (A więc nareszcie jacyś podręcznikowi mnisi-wegetarianie. Może nawet wódki nie pili, a kilku to nawet było takich po 30stce.) W Kangding jest też ogromna baza wojskowa pilnowana przez wymusztrowanych żołnierzyków z karabinami większymi niż oni sami. Im nie wolno robić zdjęć. Te wolno było robić pucybutom. W małych chińskich miejscowościach nieustannie zadziwia mnie brak żebraków, no ok, Kangding ma dwóch czołowych, zawsze w tym samym miejscu i jak mi się udało zorientować „pracujących na etaty”. Jeden z nich pięknie grał na nieznanych mi instrumencie. Jednak poza tą dwójką starszych mężczyzn trudno było dojrzeć kogokolwiek innego trudniącego się żebraniną. Za to na każdym rogu ulicy siedzieli pucybuci. Przyznaję się, po raz pierwszy widziałam pucybuta na żywo! Byli też podwórkowi fryzjerzy i drobni majsterkowicze, sama wymieniłam sobie pasek w zegarku jednemu panu w przenośnej zegarmistrzowskiej budce.

DSC_0206-2 DSC_0235 (2)-2 DSC_0423 (2)-2

Niedziela

W niedzielę do mnie dotarło. Mogłabym TU mieszkać. „Tu” oczywiście oznacza Kangding, w moim osobistym rankingu to najpiękniejsze miejsce na świecie. Tutaj Tybet miesza się z Chinami i Europą. To tutaj stoją buddyjskie świątynie, a wieczorami przez środek miasta przechodzi wracające z pastwiska stado jaków. To tutaj ogorzali i okrągłoocy Tybetańczycy biegają w wyszywanych złotą nicią płaszczach z rękawami do kolan. Oni też, jeśli tylko wskoczą w dżinsy, obetną włosy na krótko i skuszą się na makijaż (kobiety) mogliby uchodzić nawet za Polaków. Tak bardzo ich rysy nie są azjatyckie. Oni czasami kupują kawę w jednej z kilku kawiarni opisanej angielskimi napisami, gdzie spotkać można turystów wszelkich narodowości. A wszystko to w Chinach. Nie potrafię w krótkich słowach oddać różnorodności tego miejsca. Ono jest jedyne w swoim rodzaju.

W ten ostatni dzień swojego pobytu zaliczyłam „jedyną prawdziwą atrakcję” tego miejsca. (Cudzysłów, którego użyłam jest naprawdę bardzo, bardzo duży.) Górę Paoma. Daruję już sobie tutaj opisy jak piękne jest to miejsce, a tylko pokażę Wam zdjęcia. Znów teraz przybieram ton sprzedawcy z Allegro i mówię, że zdjęcia w pełni nie oddają uroku tego miejsca. A ja tam byłam w zimie.

DSC_0371-2
Kangding (10) Kangding (11) Kangding (12) DSC_0422Kangding (9)

Czym w ogóle jest Paoma? Poza tym, że jest górą, to jest również górą świętą. „Paoma” w języku tybetańskim oznacza „baśniowa” i zaręczam, że jest to najodpowiedniejsza nazwa dla tego miejsca. Najpierw błądząc pomiędzy tysiącami kolorowych wstążek, a później oglądając piękne, zabytkowe świątynie, gdzie w jednej z nich mieszkał samotny mnich hodujący kury, a także odpoczywając w towarzystwie gipsowych Buddów, jeziorka i w ogóle w ogóle chodząc po tamtejszym lesie czułam się jak bajkowa wróżka. Dla Paomy można i warto przejechać nie tylko pół, ale nawet cały świat.

Ze wzgórza przekonałam się na własne oczy, że nie miał racji internet podający, że na terenie Kangding są 3 świątynie. Albowiem ja osobiście i fizycznie odwiedziłam ich cztery (dwie w mieście i dwie na szczycie góry Paoma), a z wysokości dojrzałam jeszcze jedną znajdującą się w pobliżu innej znajdującej się w pobliżu hostelu Zhiliam, gdzie nie mieli dla mnie miejsca. 5 świątyń jak na tak malutkie miasto robi wrażenie i nic z tego, że jedna z nich stoi zamknięta i opuszczona, skoro w mieście, między sklepikami, tyle tętniących życiem kapliczek (?!). Co ciekawe gdzieś tam podobno jest i kościół. Tą informację wyczytałam dopiero po powrocie i bardzo żałuję, że go nie odwiedziłam. Ciekawa jestem nawet samego wyglądu, a idę o zakład, że kilkanaście razy go mijałam tylko zwyczajnie nie wiedziałam, że to kościół. A, że spodziewać się nie spodziewałam, więc tak tak to było, że nie byłam.

I to już wszystko, żałuję, że nie spędziłam w tam choć jeszcze jednego dnia dłużej.

DSC_0189-2 DSC_0193-2 DSC_0194-2 DSC_0252-2 DSC_0276 (2)-2 DSC_0363-2

Tylko wiecie, co sobie jeszcze uświadomiłam w Kangding? Że kocham supermarkety. W warunkach dostępności jedynie małych sklepików o wąskich specjalizacjach zajęło mi dwie godziny kupienie wyłącznie chleba, proszku do prania i szamponu, bo nie dość, że wszystkiego musiałam szukać gdzie indziej to jeszcze nie wiedziałam gdzie iść. Ach Biedronko! Lidlu! Tesco! Gdzie byliście, kiedy was potrzebowałam!

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

Close