Wiedźma Wie

ChinaTrip cz.5 – Chengdu 城都 i Leshan 乐山

chengdu

Część 1 – Jadę!

Część 2 – Bamei. Spotkanie z Tybetem.

Część 3 – Kangding. Na granicy chińsko-tybetańskiego świata.

Część 4 – Ja w Tybecie, podsumowanie

Część 5 – Właśnie czytasz <|;^)

W Chengdu spędziłam dwa tygodnie, dokładniej 13 dni, od poniedziałku 26 stycznia do niedzieli 8 lutego. I niestety, ale 13 dni w Chengdu to o 10 za dużo, oj nie polubiłam ja tego miasta. A teraz Wam je polecę. Ale od początku.

DSC_0159

Romantyzm jak ze szkolnej ławki

Samotna podróż w nieznane, tylko ja, plecak i droga romantyczna wędrówka. Wspaniały topos Włóczykija! Tjaaa… W Chengdu przestało być tak fajnie, pewnie przez to, że wokół mnie pojawili się ludzie, dużo ludzi, Chińczyków znających mandaryński, czyli niby język, którym i ja władam, przynajmniej w stopniu umożliwiającym komunikację. A nie szło. Bo Chenduczcycy nie lubią obcych i to w postaci ekstremum. Przekonałam się o tym już pierwszego dnia, kiedy zapytana o drogę para odprowadziła mnie nie tylko do hotelu, ale i przypilnowali, czy na pewno sprawdzono mój paszport i wpisano, kiedy będę wyjeżdżać. (Chengdu skończyła się wolność jaką daje prowincja, to duże miasto, a więc i zwiększone kontrole, wszyscy chcą nam zerknąć w papiery).

Codziennie, nieustająco słyszałam pytania „Kiedy wyjeżdżasz?”, „Po co tu przyjechałaś?”. Kiedy człowiek jest sam, to nie jest nic przyjemnego. Zapewniam. I chyba nigdy nie czułam się tak bardzo samotna jak w Chengdu właśnie, było jakbym wszystkim przeszkadzała. A do tego pogoda doskonale wpasowywała się w literackie standardy towarzyszące mojemu nastrojowi. Było zimno, wilgotno, smogowato i lało. Codziennie. Było paskudnie i smutno, czyli tak, jak lubił Goethe.

W dodatku swój pierwszy pełny dzień w stolicy Syczuanu spędziłam biegając pomiędzy łóżkiem, a toaletą, odkrywając dlaczego, aż tylu ludzi, z którymi przyjechałam z Kangding cierpiało na „chorobę lokomocyjną”… Ot, mieli wirusa, którym podzielili się i ze mną. Tak właśnie wyglądał mój pokój w Henry Hostel.

Zatrzymałam się w niejakim Henry Hostel, jednym z dwóch miejsc polecanych plecakowym włóczęgom na booking.com, ale żałuję, że nie wzięłam sobie do serca jednego z komentarzy opisujących to miejsce jako idealne… pod warunkiem, że chce się tam spędzić góra dwie noce. Niestety, okazało się to prawdą. Uwaga! Teraz marudzę: wzięłam miejsce w koedukacyjnym pokoju ośmioosobowym. Wiecie, wyobrażałam sobie, że poznam tam jakichś fajnych ludzi. Okazało się to wyjątkowo trudne choćby z tego powodu, że…pozostali wzięli sobie rzeczony komentarz pod uwagę. Większość nocujących tłukła się po nocy przyjeżdżając, a znikała już rano. To pewnie dlatego, że Henry Hostel umiejscowiony jest bardzo blisko głównego dworca kolejowego. Wracając jednak do samego hostelu, co oferuje? Ekstremalnie twarde łóżka, (śpimy na dechach), a także prysznic z funkcją poszerzania strefy komfortu. Odpływ jest przytkany, a zgodnie z pleśniejącą karteczką wiszącą przy prysznicu „bojler jest daleko” i niby dlatego zajmuje około 20 minut, zanim zacznie z niego płynąć (cieknąć) ciepła woda. Dwadzieścia minut to akurat tyle, aby wylewająca się spod drzwi łazienki woda dotarła do połowy korytarza. Czyli albo myjesz się w zimnej, albo się nie przejmujesz wywoływanym potopem. Ach, no i jeszcze tradycyjnie po chińsku, wyłącznie zimna woda podłączona pod umywalkę. Terror dla moich wrażliwych zębów. Ale nie można obsłudze hostelu odjąć, że się starają, każdy noclegowicz dostaje talon na darmowe piwo w wiecznie zamkniętym hostelowym barze.

Król Miecza

Trzeciego dnia pojawił się on. Król Miecza w całej okazałości łysinki, nie zmienianych kalesonów, oceanu egocentryzmu i denerwującego poczucia humoru. Kochanie bliźnich to jedno, ale tenże zmusił mnie to stawienia czoła pytaniu: A co jeśli zawsze będę sama? Czy też stanę się patologicznie nieprzystosowana do obcowania z innymi ludźmi?

A najlepsza była moja mama. Dzwonię do domu i mówię, że przyjechało mi towarzystwo w postaci jednego, samotnego faceta. A mama na to: A bogaty jakiś?

Zdarzył się i Wielki Podróżnik. Człek ten jak i inni włamał się do pokoju w środku nocy klnąc przy tym głośno w języku inglisz, bo na czym to stoi świat, bo zamek się ciężko otwierał. A, no otwierał się ciężko. Kolejnego dnia miałam okazję z nim chwilę porozmawiać, dowiedziałam się wtedy, że: wbrew pozorom człowiek ten nie przybył z Jułesej, tylko ze Szwecji. Od trzech lat nie był w domu i nieprzerwanie podróżuje po Azji ucząc dzieciaki angielskiego. Nie włada żadnym azjatyckim językiem, a już na pewno nie chińskim, bo gupi jakiś i też mu się w Chinach właśnie nie podoba, bo nikt tu po angielsku nie gada, ułatwień dla turystów brakuje i to w ogóle Chiny takie dzikie, nie turystyczne mu się wydały. Hoteli mało. Nie, Chiny to nie. A tak w ogóle on się teraz bardzo śpieszy, gdzieś tam daleko, w Szwecji właśnie umarła jego rzekomo ukochana babcia i on teraz to ma jeden dzień na Chengdu, a potem to tak ekspresowo musi się przejechać koleją transsyberyjską. No choćby tylko kawałek, bo przecież pogrzeb – deadline się zbliża, ale odhaczyć trzeba.

Zostałam hejterem? Ten ludź przyprawił mnie o chęć natychmiastowego powrotu do rodzinnego Bierunia i nie wyjeżdżania już nigdy dalej niż widać komin z elektrociepłowni.

Przyjemni ludzie też się trafili, na szczęście aż cały jeden. Student z Hubei, który kazał mi się nic nie przejmować wyproszeniami Chenduczczyków, bo oni tak tu po prostu mają. Nic osobistego, że nie lubią obcych, wszystkich nie lubią, nie tylko waiguorenów, ale innych Chińczyków też. No i rozmawiał ze mną po chińsku, co było ewenementem. W sklepach, kawiarniach, jadłodajniach ludzie obsługiwali mnie albo po angielsku, albo milcząco, ignorując mój koślawy, bo koślawy, ale chiński, jak głusi. Chamstwo zawsze spoko.

Ah! No i jeszcze dziewczyna z recepcji okazała się miła i pomocna, dużo rozmawiałyśmy na migi, szczególnie o wieszakach na pranie, o które trzeba było specjalnie prosić korzystając z pralki. Jakoś za nic nie mogłam zapamiętać, jak jest ten „wieszak” po mandaryńsku. Ale to właśnie od niej usłyszałam jeden z największych komplementów, był skierowany do osoby trzeciej i brzmiał: „她会说汉语阿!”, co znaczy: „Ona mówi po chińsku!”.

Leshan

Ja i Król Miecza, (swoją drogą, on się tak naprawdę nazywa. No, tyle, że po chińsku.) Trochę razem zwiedziliśmy. Razem udaliśmy się na przykład do Świątyni Wenszu i na zabytkową ulicę Jinli, a także pomnik Buddy w Leshan. No, nazwanie tej ostatniej wycieczki odbytą wspólnie to za dużo, biorąc pod uwagę, że pojechaliśmy i wróciliśmy osobno, (w Leshan znajdują się dwa docelowe przystanki autobusowe, jeden w mieście, drugi przy pomniku). To nawet zabawna historia, ale Wam oszczędzę większej dawki sarkazmu jaki by się tu pojawił.

Leshan jest oddalone od Chengdu o jakieś 2 godziny jazdy autobusem.

Za to Leshan jest po prostu wspaniałe, zarówno jego największy pomnik Buddy na świecie, jak i samo miasto. W tym miejscu zachwyciłam się chińską przemyślnością w kwestii zabytków. Chcąc obejrzeć Buddę niejako po drodze obejrzymy jeszcze kilka świątyń, jaskini, mniejszych pomników i na końcu przepiękny, wciąż zamieszkany klasztor. To tutaj dane mi było obejrzeć kilkadziesiąt najwspanialszych figurek ludzkich alegorii ever. Cała sala figur trafnie przedstawiających niemal każdą ludzką emocję to coś, co warto zobaczyć. Niestety, był zakaz robienia zdjęć i mnisi, którzy autentycznie pilnowali. Może mnie Białej by nikt nic nie powiedział, ale jakoś wolałam się nie wychylać. A, no i zapomniałabym o rybackiej, wiosce przez którą również prowadzi szlak zwiedzania. Choć obecnie może bardziej należałoby napisać „rybackiej”, bo teraz tam więcej restauracji i stoisk z pamiątkami niż samych mieszkańców, ale jakiś urok wciąż pozostał.

Egzotyczna roślinność i różowa skała, to właśnie w tym otoczeniu do mnie dotarło jak daleko jestem od domu. Tak piękne, że nic, tylko muszę Wam pokazać!

DSC_0589 Budda Leshan

A to już oczywiście sam posąg, 70 metrów wysokości i 12 wieków starości. Niesamowite to mało powiedziane nawet jeśli brzmię teraz jak lajkozbieracz.

A oto moje selfie, obiecałam, że gdzie jak gdzie i z kim jak z kim, ale w Leshan z Buddą sobie zrobię. I to nawet nic, że on wyszedł lepiej <|:^)

Untitled-1

Próbowałam też złapać mnichów przy „samojebkach”, już już miałam przed oczami to piękne reporterskie zdjęcie, kiedy w kadrze pojawiła mi się czyjaś głowa. A potem moment się już nie powtórzył. I mam tylko to, co niżej. Ale na Jehowę, robili sobie selfie, robili!

DSC_0551

W Leshan dostałam też grillowane ziemniaki na kolację. Wiem, wiem, że o jedzeniu ziemniaków pisałam też przy okazji i Bamei i Kangding, ale cóż zrobić? One były wszędzie dostępne, a i też prawda jest taka, że ja bardzo lubię ziemniaki. No i właśnie, a propo jedzenia.

Jaka karma!

Karma w sensie pożywienie. Nigdzie i nigdy wcześniej, ani (chlip) później nie jadłam tak pysznego jedzenia jak w Chengdu. Było ostre, ale zupełnie inaczej już my tutaj Polacy jesteśmy przyzwyczajeni, a nawet inaczej niż w innych częściach Chin. Europejskie ostre jedzenie to dużo pieprzu i ostrej papryki. Pekińskie ostre jedzenie to dodatek dużych kawałków świeżych papryczek chilli. A w Chengdu to dokładne nie wiem, co oni tam do tego jedzenia dodają, na pewno mieloną syczuańską odmianę chilli, ale co jeszcze? – oto tajemnica życia, którą pragnęłabym zgłębić.

Tak wyglądała moja najukochańsza jadłodajnia, mobilna stołówka w sercu targowiska. Ogromny wybór potraw wegetariańskich: bakłażan, mnóstwo grzybów, soja, makarony, oczywiście, ziemniaki na kilka sposobów i ten ryż! Najlepszy ryż na świecie z ogromnej bambusowej balii. Oh! Jęczę na samo wspomnienie. A, żeby rozkoszy stało się za dość zdradzę, że było to jesz ile chcesz. No nienormalnie płaciło się 10 juenów, (jakieś 6 złotych) i jadło się do przejedzenia. Głęboko wierzę, że gdyby wszyscy ludzie na świecie mogliby codziennie żywić się właśnie ta tym stoisku to zapanowałby powszechny szacunek, pokój i miłość. Jestem pewna!

DSC_0197

Jeszcze a propos bambusa. Pospolicie na nielegalu sprzedaje się w Chengdu kubki z bambusa. Ot, idzie sobie człowiek z workiem na plecach i nagle cup! Rozkłada kram na chodniki i łup! Wszyscy się rzucają kupować. Góra 15 minut i po kubkach, a jeszcze można oberwać łokciem przy walce o nie. Zdaje się okazja lepsza niż w Lidlu. Po zaobserwowaniu tego fenomenu kilka razy sama zdecydowałam się i po takim kubku zakupić i sprawdzić, co w nich takiego było, że wszyscy ich pożądali. Kupiłam dwa, czyli po jednym z każdego wzoru. Ale oczywiście, kupiłam, zapomniałam, zostawiłam w Pekinie. A mogłam choć ostatnią herbatę sobie w którymś zaparzyć. A nuż były magiczne? Teraz się już nie dowiem.

Centrum Karmienia Pand

Panda wielka to symbol Chengdu, który znajduje się tutaj absolutnie na wszystkim. Nawet metrze, taksówkach i policji. Jak już może wiecie, kocham Kung Fu Pandę, to ile razy ją widziałam przestałam liczyć przy 50tym razie. Jest to miłość wielka i wierna, która zdała się na jakiś czas rozciągać i na cały ród czarno-białych stworzonek. Do czasu. A było to w Chengdu. To właśnie tutaj znajdują się dwa miejsca, gdzie możemy zobaczyć te zwierzęta niemal z bliska. Pierwszym jest rezerwat Wolong, gdzie można zobaczyć te je na wolności, drugim Chengdu Breeding Center, gdzie od lat naukowcy dbają o ciągłość czarno-białego gatunku.

DSC_0321

Najpierw anegdotka: Na terenie Centrum znajduje się też kino, gdzie wyświetlane są filmy dokumentalne i o samych pandach i z życia Centrum. Mnie trafił się jeden o trudnościach jakie niesie ze sobą rozmnażanie pand wielkich. Wiedzieliście na przykład, że już dmuchając na zimno pandy rozmnaża się wyłącznie za pomocą metody in-vitro? Powodem tego jest ich wielka wybredność względem wyboru partnerów do spółkowania, niezainteresowane pandy są w stanie nawet zabić! Próbując więc nakłonić samicę pandę i samca pandę do seksu ryzykujemy, że w efekcie tego spotkania zamiast jednej pandy więcej będziemy mieli jedną pandę miej. A gdzie tutaj anegdotka? A no tu, że filmik uzmysłowił mi, że przez cały czas czytałam nazwę Centrum jako Panda FEEDING Center. Czyli Centrum Karmienia Pand właśnie… Ehh, głodnemu to faktycznie chleb na myśli.

A teraz o rozczarowaniu. Bo ja to sobie wyobrażałam, że panda to taki gatunek niedźwiedzia. Niedźwiedzia. Czujecie to? NIEDZWIEDŹ. Ogromne, silne, dzikie zwierzę. We mnie na sam dźwięk tego słowa podnosi się temperatura mojej słowiańskiej krwi. A panda to przedstawiała się już całkiem idealnie, trochę czarna, trochę biała, niby puchata, słodka, a jednak NIEDŹWIEDŹ. Mnie to kręcą takie rzeczy. A tu zonk. Był w historii Chin taki cesarz, który próbował zrobić z pand zwierzęta bojowe. Ino trochę mu nie wyszło, bo jak już pisałam, one to agresywne są tylko jak się im seks proponuje. To co to za niedźwiedź, taki niedźwiedź? Tfu, toż to misio jest pluszowy. I dobrze, że w Bamei pokochałam krowy, bo inaczej wróciłabym z wyprawy bez ukochanego zwierzątka.

Au! Moja noga!

Król Miecza był z Szanghaju i spędził w Chengdu tylko trzy dni, co oznacza, że moje ostatnie siedem dni spędziłam całkiem sama. Jak już pisałam, deszcz, samotność, romantyzm, dyrdymały. Jeszcze do tego udało mi się gdzieś nadwyrężyć prawą nogę, co mi skutecznie uprzykrzało wędrówki. Ale dopóki mogłam, dopóty się szwendałam odkrywając, że Chengdu to właściwie niewielkie jest i do większości atrakcji możemy dojść pieszo. Chodziłam sobie uliczkami, których nazw nie znam i odkrywałam wiele, wiele malutkich, osiedlowych świątyń, kapliczek niemal. A też przez trzy dni szukałam Chatki Dafu, muzeum poświęconego jednemu z najsławniejszych chińskich poetów. Tylko uwaga, odstawcie kubki z piciem i przeżujcie dokładnie to, co tam akurat żujecie, bo oto fragment, przy którym (o ile tego jeszcze nie zrobiliście), należy parsknąć śmiechem w zadumie nad moim nieszczęściem. Bo ja tej chatki przez te 3 dni nie znalazłam i to pomimo łażenia z mapą w łapkach. Ostatecznie udało mi się znaleźć tylko park, w którym Chatka miała się znajdować. A potem w tym parku zabłądzić.

A jak mnie noga bolała <|;^/

I słowa końcowe, tego jeszcze nie mówiłam, a przemilczeć nie mogę. Pod względem architektury i europejskich wyobrażeń o chińskości Chengdu to must see. Ogrody samych bonsai, natłok pagód, taoistyczne świątynie z żywymi mnichami, muzea i przepiękne zabytki, a do tego co skrzyżowanie to sadzawka z karpiami, to wszystko właśnie tutaj. Chengdu to jedno z najpiękniejszych chińskich miast, nawet pomimo smogu, beznadziejnej (/romantycznej) pogody i nieprzyjemnych ludzi. Warto tam być.

 

Tyle Wam powiem z perspektywy czasu. Ale wtedy, to wiecie jak się cieszyłam, że wyjeżdżam i lecę do Makao?!

C.D.N.

Ogłoszenie. Słuchajcie, jest taka sytuacja. Obecnie na blogu nie mogę zamieszczać dużej ilości zdjęć, bo brakuje miejsca w hostingu. No i przy tym ile piszę to one trochę jakby przeszkadzają w czytaniu. Póki nie rozwiążę jakoś sensownie tego problemu będę postępować jak dotychczas, czyli tutaj, na blogu, razem z wpisem pojawi się tylko „mała fotograficzna zajawka”, a reszta zdjęć w galerii na FB. Galeria z Chengdu i Leshan TUTAJ i tylko pamiętajcie, oglądając fotki nie zapomnijcie kliknąć kwadracika z napisem „Lubię” znajdującego się na górze, po prawej od awatarka strony. Krasnoludki mają dla Was jeszcze wiele fajnych rzeczy!

GALERIA

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

Close