Wiedźma Wie

Chińskie kosmetyki. Co warto kupić z Azji?

Za ten wpis zabierałam się naprawdę długo i pewnie nadal bym go planowała, gdyby nie to, że powiedziałam sobie „dzisiaj”. Co mnie hamowało? Składy kosmetyków po chińsku, z których nic, a nic nie rozumiem. Czyli nie wiem, co jest w środku. Jeśli czytasz to i też jesteś kobietą, która decyzję o zakupie danego kosmetyku uzależnia od magicznej tabelce o nazwie „skład” umniejszonej zawsze gdzieś z tyłu jak najmniejszym druczkiem, to pewnie mnie zrozumiesz. Jak mam Wam polecać coś, co nie wiem czym jest?

Nie jestem chemikiem, ani specjalistą od czytania składów i wiedzy o tym, jakie działanie ma jaki składnik. To co wiem, to to na jakie ingrediencje moje ciało reaguje pozytywnie, a na jakie negatywnie. Zrobimy więc tak, ja Wam najpierw napiszę co mi służy, a co szkodzi, a później pokażę, w których chińskich kosmetykach się zakochałam i dlaczego.

Samo dobro Czyste zło
– oleje, szczególnie migdałowy, różany i malinowy- masło shea

– kwasy AHA

– aloes

– zielona herbata

– mleko i jego pochodne (wbrew moim wegańskim zapędom)

– wszelkie tynkopodobne mazidła oparte na cynku

– cynamon

– sól

– silikony- spirulina

– alkohol

– siemię lniane

– octy

– kosmetyki na bazie siarki

– niebieska rossmanowska seria baby

– parafina, (stosowana nie na ręce i nie na usta)

Jak widzicie lista „unikam” jest o wiele krótsza, mam ten luksus nie bycia alergiczką, no i po prostu trzymam się tego, co mi służy. Jeśli się zainteresujecie stworzę też wpis o kosmetykach, które lubię i kupuję w Polsce. Ale dziś, Chiny. Kocham Chiny i kocham azjatyckie kosmetyki. Poniżej moje najbardzej ulubione, część z nich jest produkcji chińskiej, inne koreańskiej, ale jest też jedna Nivea. Oto one:

chińskie kosmetyki

1. Mój absolutny numer jeden. W tej buteleczce w kształcie grzybka kryje się najlepszy krem z wysokim filtrem jaki stosowałam, a wierzcie mi było tego mnóstwo. Co w nim takiego cudownego?

+ Płynna, lekka konsystencja, krem nawet w większych ilościach wchłania się niemal do matu. Nie bieli i to absolutny plus. Podejrzewam, że w ogóle nie zawiera alkoholu, na który szczególnie wyczulone są moje oczy. Nie podrażnia, nie wysusza, nie spływa, nie lepi się. Cudowny! W dodatku 100 ml kosztuje mniej niż 30 juenów, (okolice 15 złotych).

– Niestety jest i minus. To tylko SPF 30 i na azjatyckie upały w pełni nie wystarcza, więc trochę przy nim zbrązowiałam.

2. Mój ukochany krem nawilżający Shijiliren (Century beauty) na bazie witaminy C. To on uratował mi skórę twarzy na Wyżynie Tybetańskiej, gdzie stawała się przesuszona od lodowatego wiatru, czerwona i łuszcząca od ostrego słońca, (zwłaszcza na nosie <|:^/).

+ Nawilża, a nie jest tłusty, pozostawia na skórze ochronną warstwę o woskowej konsystencji. Bezzapachowy. Plus też, za ekologiczne, szklane opakowanie. I cenę, bo 50 ml kosztuje 18 juanów, (jakieś 9 zł). Jak na chińskie ceny to taniocha.

3. Olej z róży mojej ulubionej chińskiej firmy Thelma. Z tyłu opakowania dopatrzałam jedynie tyle, że nie składa się on z samego oleju różanego, ta pozycja znajdowała się gdzieś w połowie składu. W gorące dni całkowicie rezygnowałam z używania kremu Shijiliren i stosowałam tylko ten olejek, zarówno rano pod krem z filtrem, jak i na wieczór. Nakładałam kilka kropel zawsze na wilgotną twarz. Cena to 15 juenów za 150 ml, (około 8 złotych).

+ Odżywia i koi. Nawilża nie pozostawiając na skórze żadnych filmów, w małych ilościach doskonale się wchłania. Nadaje skórze przyjemnego kolorytu i rozświetla.

– Bezzapachowy. A prosiło by się o piękną różaną woń do kompletu. No dobrze, nie jest to prawdziwa wada.

4. Różany krem do rąk Thelma. Zazwyczaj dłonie smaruję wazeliną i niczym innym, bo kremy do rąk dają mi wrażenie jeszcze bardziej suchej skóry. I znów, ten krem kupiłam tylko dlatego, że nie potrafiłam znaleźć czystej wazeliny, (btw. jest w Chinach ogólnodostępna i bardzo tania, to było tylko moje nieogarnięcie). W tym kremie się zakochałam. Cena to mniej niż 5 juenów za 150 ml, (mniej niż 3 złote).

+ Wystarcza niewielka jego ilość, aby po umyciu skóra moich dłoni przestała być ściągnięta. Pięknie i intensywnie pachnie prawdziwą, ogrodową różą.

– Nie jestem tego pewna, ale zachodzi podejrzenie, że po kilku miesiącach codziennego stosowania wpłynął negatywnie na kondycję moich paznokci. Stały się słabe, kruche i rozdwajające, ale jak napisałam, nie wiem czy to przez niego, mogło być ku temu wiele czynników.

5. Żel do mycia twarzy Sparkling White od Nivea. Zupełne zaskoczenie, bo to przecież Nivea. Oni mają świetne wysokie filtry przeciwsłoneczne, ale pozostałe z ich produktów w moim odczuciu nie są warte stosowania. Dlatego też ten żel kupiłam tylko dlatego, że w pierwszych dniach pobytu w Chinach żadna z azjatyckich marek nic mi nie mówiła i na ich tle Nivea po prostu sprawiała przyjemne, znajome wrażenie. I bardzo dobrze, że go wtedy kupiłam, bo to absolutny hit. Nic innego, (nie licząc peelingów) nie zostawia mojej skóry z takim uczuciem czystości, a w połączeniu ze ściereczką z microfibry daje super rezultaty w walce z zaskórniakami, które tak mnie kochają, że chciałyby zostać ze mną do końca życia. Cena to około 25 juenów za 200 ml, (około 13 zł).

+ Wysoka skuteczność przy zmywaniu makijażu, zostawia uczucie świeżości i czystości na skórze, a nie wysusza i nie powoduje reakcji obronnych skóry np. w postaci zwiększonej produkcji sebum.

– Brak. Stosowałabym go nadal, gdyby tylko był dostępny w Polsce.

6. Solny peeling z mlekiem Jiangfuni. To niemal sama sól, poważnie. Gruboziarnista sól wymieszana z mlecznym żelem do kąpieli. Jak pisałam wyżej moja skóra lubi i sól i mleko, więc ten peeling wyjątkowo jej podpasywał. Cena to 15 juanów za 400g, (około 8 zł).

+ Ściera martwy naskórek i odżywia skutecznie przeciwdziałając wypryskom.

– Po co to kupować, skoro da się to zrobić DIY? W polskich warunkach taka mieszanka wyjdzie nas o wiele taniej i ekonomicznej, w dodatku z pełną kontrolą nad jakością składników. Muszę to w końcu zrealizować.

7. Maski, maski, maseczki. Jednorazowe maski w postaci materiału nasączonego żelem/ płynem to to od czego uginają się półki w chińskich drogeriach. W dodatku większość z nich jest naprawdę świetna. U mnie wybitnie nie sprawdziły się tylko te produkowane przez firmę Genalesa i Innisfree, po prostu nie robiły nic wybitnie fajnego z moją skórą. Bo siła azjatyckich masek tkwi w błyskawicznym działaniu i osiąganiu efektu już po jednym użyciu. Na zdjęciu moje typy naj z naj. Po pierwsze maska z zielonej herbaty Lulanjina, zdecydowane moja ulubiona. Odżywcza i regenerująca, daje mi wrażenie wypoczętej skóry. Do tego jest bardzo wydajna, niby jednorazowa, ale w opakowaniu jest mnóstwo żelu, który wystarcza jeszcze na kilka dni wklepywania w skórę. Produkt bez wad.

Maska „wybielająca” Shijiliren. Może zwróciliście uwagę, że wiele pokazywanych przeze mnie produktów posiada napis głoszący, że jest to kosmetyk wybielający. Niestety, a piszę niestety, bo sama uwielbiam jasną skórę. W większości przypadków to tylko takie chwyt marketingowy, ponieważ w Azji to jak najjaśniejsza skóra uważana jest za atrakcyjną. Zupełnie odwrotnie niż w Europie z naszą modą na opaleniznę. I ta maska tak naprawdę nie wybiela, ale świetnie i głęboko oczyszcza skórę. Dobra do walki z zaskórnikami.

 

To tyle. Tak naprawdę mogłabym jeszcze chwilę powymieniać fajne rzeczy, bo jeszcze to i tamto było dobre, a taż jest i kolorówka i zaskakująco dobre lakiery do paznokci, ale jednak na tym poprzestanę.

Czy coś Wam się wyjątkowo spodobało? Czego chcielibyście spróbować, gdyby tylko była taka możliwość. A może nawet któreś z polecanych przeze mnie kosmetyków są Wam znane?

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

Close