Wiedźma Wie

ChinaTrip cz.4 – Ja w Tybecie. Podsumowanie, wnioski, linki.


Część 1 – Jadę!

Część 2 – Bamei. Spotkanie z Tybetem.

Część 3 – Kangding. Na granicy chińsko-tybetańskiego świata.

Część 4 – Właśnie czytasz <|;^)

Część 5 – Chengdu i Leshan

Wpisy o swoim pobycie w Tybecie, popełniłam dwa. Są do znalezienia TUTAJ i TUTAJ. I choć są to długie opowieści wciąż mam poczucie, że nie opowiedziałam Wam wszystkiego, co najważniejsze. Kiedy myślę o popełnionych wpisach to cały czas nawiedzają mnie natrętne myśli szepczące, że powinnam była napisać jeszcze i to i to i tamto, a tym i owym wspomnieć, to i tamto wyjaśnić i tak wokoło wróżbity Macieja. Na szczęście mam i tę świadomość, że zawsze będzie coś, co można by jeszcze napisać.

Dzisiejszy post jest więc głównie po to, by powiedzieć Wam, co mi dała podróż do Tybetu, a także, co sobie stamtąd przywiozłam :^)

Najważniejsze, czyli co sobie wyobrażałam zanim tam pojechałam?

Nie wiem. Jak już pewnie czytaliście, (a jeśli nie ko koniecznie zajrzyjcie TUTAJ) długo nie miałam w ogóle pojęcia, gdzie właściwie jadę. A potem miałam nadzieję znaleźć się w klasztorze w otoczeniu buddyjskich mniszek. Potoczyło się to jednak zupełnie inaczej. I w końcu nie zrobiłam żadnych notatek, no i teraz to już nie wiem, co ja sobie myślałam. A może w ogóle nie myślałam?

Nie no, coś tam pamiętam.

Bo przecież na ten przykład, bałam się, że będzie ciężko. Nie było. Generalnie, bo była jedna trudna rzecz, z którą sobie musiałam poradzić. Ekhm, … ja. Wyobraźcie sobie, że nagle znajdujecie się w zupełnie obcym miejscu,w towarzystwie obcych Wam ludzi, z którymi trudno się porozumieć, a większość czasu spędzacie samotnie lub w towarzystwie bydła w znaczeniu dosłownym. No właśnie…

Jeszcze w temacie bydła. Bardzo, bardzo chciałam mieć zdjęcie z jakiem. Na początku trochę się bałam do nich zbliżać. Niby te zwierzęta otaczały mnie niemal na każdym kroku i chodziły samopas wedle woli i uznania, no ale jednak są to ogromne zwierzęta, kudłate i z rogami. Niemniej, oczywiście, że chciałam pogłaskać jaka. I jak okazał się głaskalny. Niestety Tybetańczycy w ogóle nie są zbyt wrażliwi na zwierzęta, nieważne, czy to krowa, czy pies. Dlatego też tamtejsze zwierzęta bardziej są przyzwyczajone do obrywania kamieniami niż czułości.

Jak to się mówi i co jest absolutną prawdą w moim wypadku, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kiedy miałam już pogłaskanego jaka, chciałam też mieć zdjęcie z jakiem. Próbowałam samowyzwalaczem. Wychodziło tak:

Próbowałam prosić Tambylców. Nie wychodziło w ogóle. Więc już bardzo, bardzo zrezygnowana, ostatniego dnia spróbowałam jeszcze raz, z krową i trójką nastolatek. Żadna nie potrafiła załapać, że ten guzik w aparacie to trzeba nacisnąć, a nie tylko położyć na nim palec. Nie dało rady i powtórnie spróbowałam z samowyzwalaczem. Wtedy pozowanie znudziło się krowie, która w moment zmieniła położenie o 180 stopni.

Moje zdjęcie z jakiem jest zdjęciem z krowim zadem. Moja mina wyraża wszystko.

Ale tak w ogóle, w ogóle, (chyba już pisałam), chcę mieć krowę. Kiedyś chciałam kota, bo są słodkie, figlarne i uparte. Krowy okazały się mieć wszystkie te cechy tylko zwielokrotnione. Do tego azjatyckie są również kudłate. Kiedyś sprawię sobie krowę!

Spodziewałam się też łatwości w dostępie wegetariańskiej żywności. A do jedzenia były krowy, jaki i świnie. Czasami ziemniaki.

Spodziewałam się spokoju. Ciszy. Miałam nadzieję być wyciszona i zrelaksowana. Tymczasem zdarzało mi się porządnie wkurzać. Wzywałam na pomoc Matkę Boską, kiedy do szału doprowadzały mnie rozwrzeszczane i uzbrojone w petardy dzieciaki w habitach.

Zamiast przemedytować długie godziny ciemności, przyznaję, czytałam książki. Książki najróżniejsze, bo był i Nienacki i… Niziurski, ale także Osho. Lubię tego sekciarza, bo to właśnie on zwykł mieć skuteczne rady ma moje pierwszoświatowe problemy. Czytając go w Bamei zdałam sobie sprawę z jego bardzo sekciarskiej obsesji oczyszczania, w tym wypadku w wydaniu praktycznym. Znaczy: „weź prysznic”. Nosz, cholera, ja tam siedziałam brudna, nieumyta, bez dostępu do wody, a on mi co pół strony: „Idz i weż prysznic”. „To ćwiczenie zakończ prysznicem”. I takie to. No osz(o) :^/

 

Najważniejsze II, czyli co mi dał ten wyjazd?

Lepiej poznałam siebie.

Spróbowałam ekstremalnego sportu – jazdy motor-stopem.

Nabrałam milionkrotnie lżejszego podejścia do żywności i odżywiania. Już nieco o tym wspominałam, a kiedyś może przyjdzie czas na oddzielny, bardziej szczegółowy wpis na ten temat.

Oswoiłam się z czaszkami. Do tej pory wszelkich symboli kojarzących się ze śmiercią unikałam jak ognia i święconej wody. Nie bardzo (wcale) nie mogłam zrozumieć jak można dobrowolnie się nimi otaczać. Dopiero teraz nareszcie pojęłam, że od dualizmu nie ma ucieczki, nie ma symboli wyłącznie złych i wyłącznie dobrych, więc także i od czaszek i ich przedstawień może płynąć pozytywna energia.

Może nie stałam się z tego powodu od razu taka bardzo „emo”, ale od czasu powrotu nabyłam jeden wisior z czaszką, który bardzo często zakładam.

Zaczęłam pić więcej alkoholu. To zdecydowanie i nieodwołalnie najbardziej zaskakujący punkt. Ale tak to fakt. Głównie z tego samego powodu, co powyżej. Dzięki oddemonizowaniu go. I jeszcze dlatego, że trzeba było z Didim wypić tą wódkę.

 

Przechodzimy do spraw materialnych. Czyli zdjęcia zakupów:

Jest moja własna, osobista, tybetańska czapka. Została uszyta ręcznie w małym zakładzie krawieckim w Bamei, Pan Krawiec nawet mi chciał pokazywać materiały, żeby uszyć mi idealnie taką jaką bym chciała, ale, że kupowałam przed samym wyjazdem to wybrałam z tego, co było już gotowe. Niemnie ją uwielbiam. W przyszłym roku w Polsce liczę na mroźną zimę, bo jest naprawdę bardzo ciepła. W Pekinie udało mi się ją przetestować ledwie dwa razy.

Są i male – buddyjskie różańce służące do odliczania mantr, ale też jako biżuteria. W przeciwieństwie do chrześcijańskich różańców male nosi się nie tyle przy sobie, co na sobie, najczęściej pozwijane na rękach jak bransoletki, ale jak się uprzeć to można i na szyi. Moja jest ta zielona, pozostałe dwie pójdą na prezenty.

kolczyki, zdobycz, z której jestem najbardziej dumna. Najprawdziwsze tybetańskie kolczyki. Tybetański wzór, tybetańska robota młotkarska, tybetańskie srebro. Przy mnie zrobione. Tylko jak przyszło do wybierania kamieni, to choć chciałam niebieskie wylądowałam z czerwonymi. Bo mają być czerwone i koniec. Czerwone. No, koniecznie czerwone.

 

Jest mój ulubiony naszyjnik. To już plastik i drewno, zdobycz ze sklepu w Kangding, jednak wzornictwo jest etniczne.

I oczywiście linki:

Niestety, przeszukiwałam internet w poszukiwaniu nagrania z modlącymi się młodocianymi mnichami. I nie ma. Tylko albo jakieś piosenki z muzyczką w tle, albo obrazki z niemowlęcym Buddą. Ogromna szkoda, bo mantry monotonnie odmawiane przez dzieci brzmią przepięknie, a jednocześnie jakoś tak smutno. Niestety nie udało mi się trafić na nic takiego i bardzomi przykro, że nie mogę Wam dać do posłuchania tego, co słyszałam sama.

TUTAJ poczytacie o buddyzmie tybetańskim, ponieważ niektórym może brakować w moich wpisach takich informacyjnych faktów. Ja mam świadomość, że żaden ze mnie ekspert, więc żeby nie pisać głupot odsyłam to lepiej znających się. Niestety strona po angielsku, obawiam się, że w polskim internecie brakuje wyczerpujących i prawdziwych informacji religioznawczych. Smutne.

卐 TUTAJ Kangding Love Song. Piosenka z filmu o tym samym tytule.

TUTAJ możecie posłuchać najprawdziwszego tybetańskiego disco. Wierzcie mi na słowo, w tym teledysku wyczuwa się ten klimat. Ten płaszcz, te ciemne okulary, normalnie jakbym znów tam była!

TUTAJ więcej disco

TUTAJ jeszcze więcej disco

Nie wiem jak wam , ale mnie ta muzyka całkiem przypadła do gustu.

Jeśli Wam także się podoba, TUTAJ cały album niejakiego GayBaya. Więcej, do całego albumu jest i filmik. Niestety muza już nie tak skoczna, a obrazki wyidealizowane, no, brakuje tego specyficznego lansu.

 

TUTAJ z kolei coś innego. Trzy godziny muzyki relaksacyjnej. Gongi, misy, „gardłowanie”. Bardzo przyjemne.

TUTAJ dwie godziny. Śpiewają mnisi z Tajlandii.

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

Close