Wiedźma Wie

Nie musisz być za wszystko wdzięczny!

praktykowanie wdzięczności

praktykowanie wdzięczności

praktykowanie wdzięcznościPisząc tekst o swoich doświadczeniach z ustawieniami systemowymi zwierzyłam się Wam z potrzeby odnalezienia sposobu na zmienianie życia w niemal magiczny sposób. Takie machnięcie magiczną różdżka i już, nowa rzeczywistość w zastępstwie starej, która dawała nam się we znaki. No, bo przecież życie ma to do siebie, że co jakiś czas zmienia się nie do poznania na „łup”, ale to jednak najczęściej nie w taki sposób, w jaki byśmy sobie życzyli. O sposobach na zmienianie życia napisano niejeden tekst w niejednej książce i wypowiedziano niejedno słowo na niejednym wykładzie. Jest w czym wybierać: afirmacje, wizualizacje, ho’opono pono, EFT, Radykalne Wybaczanie, transfering, ustawienia i wiele, wiele innych. Wszystkie z wymienionych metod są mi znane i wszystkich z nich próbowałam z większymi lub mniejszymi sukcesami. Zdarzało się, że zdecydowanie większymi, ale jednak nigdy nie było tego efektu „Wow”. Więcej stanowczo było w tym wszystkim starań, reżimu i placebo niż cudów Sposobu. A przecież ludzie nie tylko w internecie opowiadają o tym, jak w taki czy inny sposób radykalnie i szybko odmienili nieprzyjemny dla nich stan. Też tak chciałam. Przynajmniej w tych sprawach, które uprzykrzały mi życie przez bardzo długi czas nie chcąc mnie w ogóle opuścić. Po ustawieniach, które przyniosły mi mierne korzyści, nieco zwątpiłam w możliwość zmiany pewnych aspektów mojego życia w ogóle. Piszę bez konkretów, ale nie mam ochoty na aż taki ekshibicjonizm, żeby wprost napisać o co chodzi. Zresztą nie o smutne zwierzenia tu chodzi, tylko o ten Wielki Sposób, który w końcu odnalazłam. Dla części z Was nie będzie on ani wielki, ani w ogóle żaden sposób, ale ryzykuję stwierdzenia, że z pewnością pomoże on komuś z podobną konstrukcją psychiki do mojej. Wszystko, jak niemal zawsze, rozbija się o podświadome przekonania i blokady. Jeśli masz w sobie szczyptę masochizmu, a Twoja podświadomość lubuje się w przyswajaniu sprzecznych programów, które torpedują Twoje starania, to piszę właśnie do Ciebie.

Siła wdzięczności

Praktykowanie wdzięczności to coś, o czym od paru lat jest słusznie głośno. Zanim się nie spróbuje to brzmi to jak głupota, ale właśnie, tylko dopóki się spróbuje. Praktykowanie wdzięczności to jedna z najłatwiejszych, najszybszych i zarazem najmniej „ezoterycznie podejrzanych” praktyk poprawiania komfortu życia o jakiej można w ogóle pomyśleć. Każdego dnia spotyka nas ogrom dobra, które dla wielu innych jest luksusem, o którym boją się nawet marzyć. Każdego dnia przydarzają nam się super miłe zdarzenia, które czynią nasze życie przyjemniejszym. Każdego dnia uczymy się nowych, wspaniałych rzeczy. To wszystko naprawdę jest w sferze naszych codziennych doświadczeń, tyle, że albo te sprawy stały się dla nas tak oczywiste, że przestaliśmy je widzieć, albo tak sobie ustawiliśmy percepcję, że skupiamy się głównie na tym co złe i w efekcie najmniejsza negatywna pierdoła sprawia, że nie jesteśmy w stanie cieszyć się dużym pozytywnym zdarzeniem. Że na przykład niesmaczne ciasto popsuje nam całe popołudnie spędzone w gronie ukochanych przyjaciół. Głupie, co? Praktykowanie wdzięczności pozwala nastawić swoją percepcję na właściwe tory. Jet wiele dobrych i jeszcze lepszych sposobów na praktykowanie wdzięczności, tutaj jednak o nich nie przeczytacie. No, może innym razem. Dzisiaj napiszę Wam o Wielkiej niczym Wielki Kanion pułapce, która się w tej wdzięczności skryła. I w którą wpadłam.

Kaszmirowy sweter

Ogrom pustyni, palące słońce i piach, piach wszędzie. Jestem wyczerpana i zmęczona, od słońca pali mnie skóra, wargi, usta i chyba cały przełyk mam wyschnięte na wiór. Ostatkiem sił czołgam się przed siebie usilnie starając się nie stracić do końca nadziei na ratunek. Zdecydowanie najwięcej energii zużywam na zatrzymywaniu nadziei. Marzę o wodzie, do picia, do schłodzenia ciała i o cieniu, ucieczce od tego palącego słońca. Cała moja skóra jest już czerwona i ściągnięta, poparzona.

– Wody! Wody! Wody! – krzyczą wszystkie moje myśli, krzyczy moje ciało. Nawet moja dusza zdaje się być skłonna zrezygnować z nieśmiertelnego życia w wieczności dla kilku kropel pitnej wody.

I teraz zjawia się On. Cały ubrany na biało, przystojny, młody bóg. Dla estetycznie wrażliwych odbiorców, ze słabością do brunetów przyjmijmy, że wygląda właśnie tak <klik>

Mówi, że ma na imię Jezus, bo to świetne imię dla boga spotkanego na pustyni. I on mnie widzi i chce mi pomóc. Czarodziejskim sposobem macha rękami i wyciąga coś z nicości. Sweter, brudnożółty, musztardowy.

– Czysty kaszmir, cieplutki niczym wieczór z ukochanym przy ognisku. Bierz, to specjalnie dla Ciebie! – mówi bóg.

– Dziękuję, – mówię ja porzucając próby podtrzymania w sobie nadziei na ratunek od tego słońca i pragnienia. Teraz staram się skoncentrować wszystkie swoje siły na wzbudzeniu w sobie wdzięczności za ten sweter. Faktycznie, kiedyś taki chciałam. Tylko teraz mam ochotę rzucić nim w tego całego Jezusa, posłać go najpierw na bambus, potem po baniak wody, a jeszcze potem wskoczyć mu na plecy i kazać się zanieść do domu. Ale tego nie robię, bo to przecież niewłaściwe. Dostałam sweter o jakim marzyłam. I powtarzam jak kłamliwą mantrę:

– Jestem wdzięczna, wdzięczna, wdzięczna…

Nie musisz za wszystko być wdzięczny!

Powyższa historyjka przez długi czas wracała do mnie jako metafora wielu sytuacji w moim życiu, kiedy któreś z moich marzeń spełniało się w zupełnie nieodpowiednim czasie lub też dostawałam w życiu coś obiektywnie naprawdę wspaniałego, czego jednak zupełnie nie chciałam, kiedy tymczasem omijało mnie szerokim łukiem to, czego naprawdę potrzebowałam. Beznadziejna sytuacja powodująca też ogromny konflikt wewnętrzny, bo z jednej strony ból i rozczarowanie, z drugiej wyrzuty sumienia za rzekomą niewdzięczność. Wiele głosów naucza, żeby czuć wdzięczność za wszystko, bo każde doświadczenie, nawet te najbardziej bolesne przyszło właśnie do nas, żeby czegoś nas nauczyć. I ja myślę, że to jest prawda, że gdybyśmy wylali w życiu o jedną łzę mniej to bylibyśmy dziś innymi osobami. Ale uważam też, że decyzje jakie doświadczenia są naszym udziałem, a jakie nie zapadają na poziomie, na którym nie istnieje już podział na dobre/złe, pozytywne/negatywne. I owszem, możemy brać życie takie do nas przychodzi. Wielu powie, że właśnie to jest najlepsza droga. Tylko nie mamy gwarancji, że zaznamy satysfakcji żyjąc w ten sposób. Jest takie powiedzenie, że karma wraca. Bez niektórych doświadczeń z pewnością bylibyśmy inni i nasze życie byłoby inne, tylko inne nie znaczy gorsze. Część doświadczeń, które zdobywamy wcale nie czyni naszego życia lepszymi. Niektóre sprawiają, że potrzebujemy psychotropów lub wielu wizyt i specjalisty.

Ja zdałam sobie sprawę, że nie potrafię żyć w ten sposób. Że jeszcze przyjemności, które mnie omijają to pół biedy, ale znoszenie udręk to już wcale nie. Nie chcę żyć biorąc tylko to, co życie samo mi przynosi. Jest w życiu czas na pokorną akceptację i na zdecydowany bunt. Ja jakiś czas temu ten bunt podniosłam i na kolejną niechcianą sytuację w życiu zareagowałam wypowiadając głęboko w sobie słowa, że jej nie chcę w swoim życiu, nie życzę jej sobie i ma mi ona natychmiast zniknąć. Najpierw się przeraziłam, bo wcześniej słyszałam i czytałam tylko słowa nakazujące bezwzględną wdzięczność. Praktykowanie wdzięczności wobec wszystkiego bez wyjątku, że jeśli chcę coś „zniknąć” to muszę temu przede wszystkim podziękować za życiową lekcję. I dziękowałam. Wzbudzałam w sobie na siłę wdzięczność za aparat na zębach, który zepsuł mi zgryz, za infekcje, nieudane związki, rozpadnięto przyjaźnie i wszystkie te rzeczy, które dały mi doświadczenia i życiowe lekcje, o której najchętniej bym zapomniała.

No i co, powiedziałam: Nie chcę tego, zabierać mi to stąd ale już! Zbuntowałam się przeciwko temu, co niesie dla mnie życie. Ale trafił mnie za to piorun z niebios, szatan w piekle nie odtańczył hula, ani nie stało się nic podobnego. Zamiast tego usłyszałam głęboko w sobie westchnienie ulgi i głos mówiący:

– No, nareszcie!

Długo musiałabym wymieniać aspekty, w których od tego czasu zmieniło się moje życie. Powiedziałam głośno czego nie chcę i kazałam temu spadać. I odeszło. Jest lepiej, dużo lepiej.

Jeśli i Ty zmuszasz się do wdzięczności za rzeczy których nie chcesz, bo może jak mnie tak Cię wyuczono, żeby „cioci nie było przykro”, to wiedz, że nie musisz się bać ani ognia piekielnego, ani ciocinych pretensji. Nie musisz być za wszystko wdzięczny. Praktykuj wdzięczność za to, co naprawdę Cię uskrzydla. A temu co boli nie dziękuj za niechciane doświadczenia, nie jesteś formalnym pismem, pokaż temu drzwi.

Wartościowe? Podziel się!

O mnie

Współczesna wiedźma bez zadęcia, miotły i miotania zaklęć. Coach holistyczny i wróżka. Wierzy w głęboką wewnętrzną mądrość w każdym człowieku i to, że życiem rządzi miłość. I to, że naszym głównym zadaniem na ziemi jest doświadczać i dobrze się bawić.

Close